Kategorie
Historyczne Recenzje

„D-Day” – G. Milton

Wiele wątków pobocznych, które budują główną oś historii. Setki bohaterów. Wartka akcja. Nieoczekiwane zwroty akcji. Wsysająca fabuła. Kolejna książka sensacyjna któregoś z mistrzów pióra gatunku? Nie. To w zasadzie tylko 24 godziny z życia zwykłych żołnierzy, którzy wzięli udział w niezwykłym wydarzeniu.

Jeden dzień, wiele spojrzeń

Giles Milton, wkładając niemało pracy, osiągnął efekt, który zmienił jego książkę z historycznej w świetną pozycję sensacyjną. Najważniejsze było przy tym zręczne połączenie wspomnień i relacji uczestników niezwykłych wydarzeń z 6 czerwca 1944 roku.

Pierwszy rozdział nie jest porywający, ale buduje napięcie, które towarzyszyło wielu osobom w różnych zakątkach Europy zachodniej w dniach poprzedzających inwazję. Pozostałe siedem przedstawia wydarzenia z Normandii w dniu lądowania aliantów. Autor zręcznie dobiera bohaterów, przedstawiając ich wspomnienia z całego obszaru lądowania, pokazując cenny obraz realnej sytuacji, jak ją widzieli prości żołnierze i cywile. Czytelnik napotka ekstrawaganckiego brytyjskiego oficera, który każe  swojemu dudziarzowi chodzić po plaży i zagrzewać ludzi do walki… w rytm terkoczących karabinów maszynowych; niemieckiego żołnierza, który jest przerażony widokiem floty inwazyjnej; amerykańskiego spadochroniarza, który ląduje daleko od strefy zrzutu i próbuje trafić do oddziału nie znając języka czy kanadyjskiego żołnierza z Quebecu, który będąc daleko od domu, ląduje w kraju swoich francuskich przodków.

Historie spomiędzy barykad

Co ważne, autor nie pomija żadnej strony konfliktu. To duży błąd, niestety cały czas występujący w książkach historycznych. Rażącym brakiem bywa przy tym również brak uwzględnienia zdania ludności cywilnej, ale Milton zadbał także o ten aspekt. Nie waha się on poruszać tematów trudnych, które są spychane na margines albo przemilczane. W pierwszym rzędzie myślę tu o ofiarach wśród francuskich cywili wywołanych przez alianckie bomby i pociski.

Wielowątkowość książki jest jej niesamowitym atutem. To nie tylko relacja, ale jednocześnie scenariusz, który pisało samo życie, nawiązując, prowadząc i rozwiązując akcję. Autor tylko (albo aż) zręcznie przeprowadza czytelnik przez historie kolejnych bohaterów, którzy niejednokrotnie te same chwile widzieli z dwóch różnych stron barykady. Mimo tych skoków, cały tok narracji jest klarowny, nie sposób zgubić się wśród wydarzeń. Rozeznanie ułatwiają dodatkowo umieszczone na początku książki potrzebne mapy.

Przepis na sukces

Bardzo pomocne w utrzymaniu tempa narracji jest pozbawienie dzieła wszelkich cech historyczno-naukowego opracowania tematu. Nie przeczytamy tu o szczegółach taktycznych, nie znajdziemy wykresów z rozbudowanymi danymi, obeszło się bez statystyk i danych technicznych sprzętu. Milton uniknął błędu wielu wydawnictw, które przeładowują swoje książki drukowanymi w całości relacjami, wspomnieniami, notatkami i dziennikami wielu autorów. Bo o ile one same są niezmiernie ciekawe jako źródło historyczne, to powtarzające się treści i różny poziom relacji, mogą nużyć osoby szukające przyjemności z lektury.

Lekkość formy nie oznacza jednak, że zawarte treści również będą się charakteryzować łatwością przyswojenia i przepracowania. Bazując na relacjach uczestników, autor nie wprowadza żadnej cenzury, nie unika drastycznych opisów sytuacji i makabrycznych obrazów, tego co działo się 6 czerwca 1944 roku w Normandii. Relacje tego, jak wyglądały choćby same plaże pod koniec pierwszego dnia D-Day, mogą wrażliwszym osobom nie przypaść do gustu lub wręcz odrzucić.

Jeden dzień w jeden dzień

Nie znajduję w pracy Miltona żadnej wady, a najlepszym tego dowodem jest „pochłonięcie” jej w jeden dzień. Przypomina swoją konstrukcją Kompanię Braci Ambrose’a, ale zacieśnienie akcji do w zasadzie jednego dnia i mniejszego obszaru działa tutaj jak sprężarka, oddając szybką, wciągającą akcję i treść. W tym miejscu wypada wspomnieć i porównać D-Day Miltona z Najdłuższym dniem Corneliusa Ryana. Obie książki opisują niemal tylko dzień inwazji w Normandii, opierając się na wspomnieniach i relacjach. Ba! Czytając obie zaraz po sobie, odnajdziemy wspólne punkty narracji. Autorzy korzystali z tych samych źródeł, więc nie powinno dziwić, że u obu można odnaleźć te same wątki, m.in.: historię niszczyciela USS Corry, niemieckiego pilota Prillera czy przerażonego dudziarza lorda Lovata. Mimo reprezentowania przez oba dzieła tej samej koncepcji przedstawienia wydarzeń i bazowania na tym samym zasobie źródłowym, książka Miltona jest dynamiczniejsza, wydaje się być bardziej przemyślana w przedstawianiu pojedynczych wątków, tworzących szerszy obraz sytuacji. Z drugiej strony Ryan był świadkiem walk w Normandii jako korespondent wojenny, stykał się z wieloma weteranami i zbierał relacje z obu stron barykady, analizował dzienniki rozkazów i inne dokumenty urzędowe, przez co jego praca jest bardziej naukowa.

Po prostu polecam przeczytać obie książki, zdecydowanie są tego warte. Choć D-Day nie jest opracowaniem tematu, bezapelacyjnie jest ciekawą lekturą uzupełniającą albo wprowadzającą, by w późniejszym czasie sięgnąć po poważniejsze monografie. Osoby badające temat, powinny sięgnąć po książkę z uwagi na zamieszczone źródła i sposób, w jaki autor powiązał różne, na pozór nie związane ze sobą relacje i wątki wspomnień.

Redakcja: Grzegorz Antoszek
Korekta: Anna Kurek
  • TYTUŁ - D-Day
  • TYTUŁ ORYGINALNY - D-Day
  • AUTOR - Milton Giles
  • TŁUMACZ - Marek Fedyszak
  • WYDAWCA - Noir sur Blanc
  • ROK WYDANIA - 2020
  • LICZBA STRON - 571

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *