Kategorie
Pozostałe Recenzje

„Sto dwadzieścia dni Sodomy” – D.A.F. de Sade

Oto człowiek, który jest znany bardziej z powtarzanych pokątnie legend niż swoich książek, a jego nazwiskiem, wymawianym ze wstrętem, strachem, ale też fascynacją, nazwano zaburzenie na tle seksualnym – sadyzm. Jego niedokończone opus magnum to lektura kontrowersyjna i skandaliczna nawet w XXI wieku, zarówno ze względu na dosadność opisów, jak i prezentowane idee. Książka +18.

Markiz Donatien Alphonse François de Sade (1740-1814) to jeden z najpopularniejszych francuskich pisarzy epoki oświecenia, życiorysem którego można byłoby obdarzyć kilka osób. Pochodził z rodziny szlacheckiej, był żołnierzem, pisarzem, politykiem, filozofem, libertynem i rewolucjonistą, wiele lat spędził w więzieniu (między innymi w Bastylii, gdzie pisał Sto dwadzieścia dni Sodomy) i zakładzie dla obłąkanych, gdzie zmarł. Oskarżany o sodomię, akty przemocy, trucicielstwo i porwania; skazany na śmierć, choć do faktycznego wyroku nie doszło, umieszczony na czarnej liście Kościoła za ateizm i antyklerykalizm – zdobył sławę na długo, zanim zaczął zajmować się literaturą, ale był to rozgłos oparty na wielu skandalach. Przyczynił się do wybuchu rewolucji francuskiej swoim okrzykiem z okna więzienia: „Na pomoc, mordują więźniów Bastylii!” Jego najbardziej znane książki to między innymi: Filozofia w buduarze, Justyna, czyli nieszczęścia cnotyJulietta – powodzenie występku, ale pisał również nowele, dramaty i teksty polityczne. We Francji jego dzieła były objęte zakazem aż do lat 60. XX wieku.

Rękopis Stu dwudziestu dni Sodomy przetrwał szturm na Bastylię i trafił w posiadanie rodziny markiza de Villenevue-Trans na ponad sto lat, aż ostatecznie został opublikowany w 1930 roku przez seksuologa Iwana Blocha. Sade nigdy nie odzyskał swojego dzieła i próbował pogodzić się ze stratą, pisząc kolejne książki. W nieukończonej powieści markiz przedstawia zapis słynnej studwudziestodniowej orgii z 1757 roku, w której brał udział w wieku siedemnastu lat. Jednocześnie wykłada swój system myśli opierający się na materializmie, ateizmie i bardzo radykalnie pojętej wolności osobistej ważniejszej niż jakakolwiek moralność i prawo. Jeśli oglądaliście film Pasoliniego Salò, czyli 120 dni Sodomy, wiecie, czego spodziewać się po tej lekturze. Jeśli czytaliście jakąś inną książkę Sade’a, macie ogólny zarys, ale obawiam się, że to za mało. Tam jest wszystko – pedofilia, zoofilia, koprofilia, koprofagia, kazirodztwo, tortury, gwałty i zabójstwa – każdy więc może sam ocenić, czy jest to lektura dla niego. Jednak ta książka to nie tylko odrażające opisy, a przynajmniej nie są one najważniejsze same w sobie, przeciwnie, pełnią służebną rolę wobec idei jako ich ilustracje.

Cała zima rozpusty

Czterech przyjaciół: książę, biskup, dzierżawca i prezydent (dawny tytuł administracyjno-sądowy) postanawia zorganizować niezwykłe przedsięwzięcie. Chcą zamknąć się w odosobnionym zamku razem z kilkadziesięciorgiem osób i oddawać się w tym czasie prawie nieprzerwanym orgiom. Wszystko starannie planują, a ich pomysł przedstawia się następująco – na każdy miesiąc przypada jedna narratorka-prostytutka, której zadaniem jest opowiedzenie stu pięćdziesięciu historii opartych na swoich wspomnieniach. Libertyni wprowadzają w życie każdą, która szczególnie im się spodoba. Opowieści narratorek zmieniają się w miarę upływu czasu, rozpoczynając się od namiętności prostych, i dążą do coraz bardziej makabrycznych. Oprawcy starannie dobierają swoje ofiary. Są wśród nich nastoletnie dzieci obu płci, młode dziewczyny i mężczyźni, a także kilka starych kobiet. Przez cztery miesiące życie wszystkich mieszkańców zamku jest ściśle uregulowane przygotowanymi wcześniej regulaminami i rozporządzeniami, których trzymają się nawet sami libertyni w celu potęgowania wrażeń.

A teraz, drogi czytelniku, winieneś przygotować swe serce i umysł na najbardziej nieczystą opowieść, jaka powstała od początku świata. Podobnej książki nie spotkasz ani u starożytnych, ani u nowożytnych. Wyobraź sobie, że wszelkie przyzwoite rozkosze nakazane przez ową bestię, o której bezustannie mówisz, nie znając jej, a którą zwiesz naturą, że te rozkosze, jak powiedziałem, zostaną stanowczo wyłączone z tego zbioru, jeśli zaś przypadkiem na nie natrafisz, zawsze towarzyszyć im będzie jakaś zbrodnia lub ubarwi je jakaś nikczemność (s. 151).

Ecce homo

Pełny tytuł książki, Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu, wskazuje na to, czym właściwie ona jest – fabularyzowanym traktatem o tej powszechnie wyznawanej przez francuskie elity idei. Jednak w przeciwieństwie do „zwykłych” libertynów, którzy popełniają zbrodnie kierowani żądzami, Sade wyznaje inną odmianę libertynizmu, czyniąc z niego system filozoficzny. Jeden z tłumaczy, Bogdan Banasiak, w artykule wstępnym pod tytułem Wystawna dzikość pożądania. Zarys metafizykiStu dwudziestu dni Sodomy”, pisze o nim:

Ta wersja libertynizmu – libertynizm refleksyjny czy też świadomy – jest bowiem, wielokrotnie mówi Sade, sprawą zasad i konwekcji, składających się na system myśli pretendujący do miana filozofii i tak właśnie niejednokrotnie mianowany jest doktryną teoretyczną w nieodzowny sposób warunkujący praktykę. To dlatego Sade częściej niż o „rozpalonych zmysłach” (co byłoby istotne dla libertynizmu bezrefleksyjnego) mówi o „rozpalonym umyśle”, dlatego w dziele tak często pojawiają się określenia „przemyślenia libertyńskie”, „umysł libertyński” i dociekliwy czy też „roztropność”, w której jest „łotrostwo i ład” […] Konstytutywny składnik autentycznego libertynizmu stanowi tak charakterystyczny dla dzieł Sade’a wymóg ładu – zbrodnia bowiem nie może zostać popełniona w sposób chaotyczny, w „chaosie zmysłów”, lecz musi być zbrodnią metodyczną, bo tylko wówczas pozwala dawkować cierpienie, sięgać po całe możliwe spektrum tortur i dzięki temu w pełni zakosztować całej gamy rozkoszy (s. 68).

Oto człowiek – nie bestia rozszarpująca swoje ofiary we wściekłym szale, ale istota rozumna planująca wszystko i bezwzględnie trzymająca się swoich zasad. Człowiek, który, odrzuciwszy moralność, religię, prawo, uczucia i normy społeczne, dąży wyłącznie do zaspokojenia swoich potrzeb i nie liczy się z innym człowiekiem (czy raczej odczłowieczonym już w jego oczach obiektem). Człowiek, który właśnie dlatego jest tak przerażający i niebezpieczny, ponieważ nie ogranicza go nic oprócz zasad narzuconych samemu sobie. Tacy właśnie są bohaterowie Stu dwudziestu dni Sodomy, nie tylko czterech przyjaciół, ale też narratorki, stare kobiety i niektórzy spośród uczestników orgii. Pozostałe dzieci, kobiety i mężczyźni to starannie wybrane obiekty służące wyłącznie zaspokojeniu ich zachcianek.

„Nic, co ludzkie, nie jest mi obce”

Można się oczywiście zastanawiać, czy tak przedstawieni libertyni są nadal ludźmi, czy, przyjmując taki sposób myślenia, wykluczają się ze wspólnoty, czy wręcz przeciwnie, osiągają pełnię człowieczeństwa jako całkowicie wolne jednostki. Tak pojęta wolność jest zagrożeniem dla innych, nic więc dziwnego, że książka była i nadal jest potępiana, a każdy czytelnik, który cechuje się choć odrobiną przyzwoitości, z niedowierzaniem i obrzydzeniem śledzi kolejne ohydne sceny. Uporządkowanie namiętności od prostych do morderczych ma za zadanie potęgować doznania, a wszyscy trzymają się wyznaczonych zasad. Jeśli w którejś opowieści narratorki pojawia się moment wykraczający poza przyjętą w danym dniu kategorię, pomija go – oprócz tego, co dozwolone tu i teraz, umysł bardziej rozpala to, co jeszcze ukryte.

Należy pamiętać, że Sto dwadzieścia dni Sodomy to dzieło (nawet samo użycie tego słowa może budzić kontrowersje) niedokończone. Sade zdążył w całości napisać rozbudowany wstęp, w którym przedstawia wszystkich bohaterów i rozporządzenia, oraz pierwszą część mówiącą o namiętnościach prostych. Pozostałe trzy części to tylko plan ujmujący w punktach opowieści narratorek, więc są bardziej męczące w odbiorze. Sade posługuje się językiem z jednej strony wulgarnym i obscenicznym w opisach orgii (odruchy wymiotne i salwy śmiechu gwarantowane), z drugiej używa pełnych złożonych zdań, a nawet chwytów retorycznych i odwołań do klasyki antycznej tak uwielbianej w XVIII wieku. Jednocześnie szczegółowo opisuje wydarzenia i pomija milczeniem inne, zapowiadając powrót do nich później. Bogactwo jego wyobraźni i doświadczeń jest tak wielkie, że nawet współcześni czytelnicy mogą się zaskoczyć, szczególnie jeśli idealizują minione epoki. Tu nie ma żadnego tabu. Szkoda, że ta książka nie jest skończona. Jak dobrze, że ta książka nie jest skończona.

Wszelkie współczucie okazywane niedoli jest prawdziwą zbrodnią wymierzoną w porządek natury. Nierówność indywiduów dowodzi, że brak jedności jej się podoba; jest zań wszak odpowiedzialna i pragnie go tak co do fortun, jak i ciał. I podobnie jak wolno słabemu zaradzić mu przez kradzież, tak samo wolno silnemu odtworzyć go przez odmowę pomocy. Świat nie przetrwałby ani chwili, gdyby wszystkie istoty były do siebie podobne; to z tego braku podobieństwa rodzi się ład, który wszystko zachowuje i wszystkich rządzi. Trzeba więc wystrzegać się jego zmącenia […] Uważam więc jałmużnę nie tylko za złą samą w sobie, lecz uznaję ją ponadto za prawdziwą zbrodnię  przeciw naturze, która, zaszczepiając nam różnice, nie pragnie bynajmniej, byśmy je zacierali (s. 277).

Chapeau bas

Niniejsze wznowienie Stu dwudziestu dni Sodomy zostało opatrzone trzema przedmowami tłumaczy, profesorów Uniwersytetu Łódzkiego: wspomnianym już tekstem Wystawna dzikość pożądania…Twierdza w otchłani samotności. O losach i kształcieSodomy” Markiza de Sade Bogdana Banasiaka oraz „Gratias agi mus tibi, Marquis!” Krzysztofa Matuszewskiego. Pozwalają przygotować się do lektury i zrozumieć poglądy autora, co jest w tym przypadku ważne – bez tego cała książka będzie tylko bezsensownym zbiorem scen erotycznych. Tłumacze są odpowiedzialni również za opracowanie tekstu, a Banasiak prezentuje obszerny wybór bibliografii na temat Sade’a. Dzięki tym staraniom wydanie zyskuje charakter krytyczny, a nie popularny. Dopełnia je twarda okładka z bardzo subtelną jak na poruszaną treść ilustracją.

Opus magnum Sade’a to książka dla osób zdecydowanych, wiedzących, czego się spodziewać i podchodzących do niej z odpowiednim nastawieniem i wiedzą, dlatego ważne są przedmowy albo znajomość jakichś innych dzieł autora. Sto dwadzieścia dni Sodomy należy do klasyki literatury francuskiej i erotycznej, dodatkowo było wyklinane i zakazane, warto więc przekonać się, skąd wzięła się ta zła sława. Nie jest to jednak lektura dla każdego, wielu czytelników nie wytrzymuje natężenia obrzydliwości. Sięgnijcie po nią, jeśli macie odwagę sprawdzić, do czego może posunąć się człowiek.

P.S. Nie bójcie się objętości – mimo że książka liczy ponad pięćset stron, sama powieść zawiera się w trzystu pięćdziesięciu, a na resztę składają się przedmowy, przypisy, bibliografia i inne dodatki.

Redakcja: Sylwia Kłoda
Korekta: Grzegorz Antoszek
  • TYTUŁ - Sto dwadzieścia dni Sodomy czyli szkoła libertynizmu
  • TYTUŁ ORYGINALNY - Les cent vingt journées de Sodome, ou l'École du libertinage
  • AUTOR - Donatien Alphonse François de Sade
  • TŁUMACZ - Bogdan Banasiak, Krzysztof Matuszewski
  • WYDAWCA - Viv-à-vis Etiuda
  • ROK WYDANIA - 2020
  • LICZBA STRON - 520

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *