Co by było gdyby? Takie rozważania wielokrotnie słyszy się podczas nocnych rozmów Polaków. Jedne są mniej, inne bardziej oderwane od rzeczywistości, niektóre wręcz fantastyczne. Przyjrzyjmy się, jak wynik kampanii wrześniowej, w sytuacji, gdyby Sowieci nie wkroczyli 17 września 1939 roku, widzi Tymoteusz Pawłowski.

Słowem wstępu

Kampania wrześniowa to temat chyba niewyczerpalny pod względem analiz. Nie skończył się jeszcze rok 1939, a już zaczęto przyglądać się przebiegowi działań wojennych w Polsce. Wyciągano wnioski, tłumaczono się, spisywano raporty, wspomnienia i rozpoczęto rozliczanie obozu sanacyjnego oraz dowódców. Temat kontynuowano w PRL-u, unikając poruszania wydarzeń z i po 17 września jak ognia. Pod koniec poprzedniego wieku, próbując przebudować obraz historii, profesor Wieczorkiewicz wypowiedział na głos opinię o możliwym pójściu na wojnę z ZSRR w sojuszu z Hitlerem. Po nim przyszli kolejni, idąc tą ścieżką i przedstawiając inne alternatywne wizje przebiegu wypadków.

Treść, założenia i narracja

Pięćset dwanaście stron podzielono na jedenaście rozdziałów. Tekst urozmaicony jest dziesiątkami fotografii oraz map, z czego jestem bardzo zadowolony. Tymoteusz Pawłowski pierwsze cztery rozdziały poświęcił opisaniu tła wydarzeń, dlaczego doszło do wojny i stanu przygotowań. Jako historyk nie mam tutaj nic do zarzucenia autorowi. Piąty rozdział to opis działań wojennych od 1 do 16 września, rozdział bardzo optymistyczny pod względem spojrzenia na ogólną sytuację. Choć jest to na granicy faktów lub lekko poza nią, jeszcze znajduje się w granicach przyzwoitości. Widać jednak, że autor dąży do takiego ukazania faktów, by udowodnić prawdziwość podtytułu książki.

Autor optymistyczne perspektywy po pierwszych szesnastu dniach wojny opiera w zasadzie tylko na liczbie wciąż nierozbitych związków taktycznych. Jednakże nie bierze pod uwagę stanów liczebnych poszczególnych batalionów, pułków, brygad i dywizji, które były już poważnie uszczuplone, a za to zakłada, że cofając się, uzupełniały stany osobowe i pobierały materiał wojenny z mijanych garnizonów i magazynów. Tymoteusz Pawłowski zdaje się wiedzieć, że zmęczenie ma wpływ na zdolności bojowe żołnierzy, ale w zasadzie – z nieznanych mi powodów – zignorował ten czynnik. Ba! Stwierdza, iż służący w pułkach kawalerii byli mniej zmęczeni od piechurów. Cóż, tak łatwo zapomnieć, że choć piechur mógł prawie od razu położyć się spać, choćby na gołej ziemi, to kawalerzysta musiał zadbać o swojego konia, napoić i nakarmić zgodnie ze sztuką, by zwierzę nie ucierpiało. Innymi słowy – wstawał wcześniej i kładł się później. Zaś sama jazda konna również potrafi być męcząca. Kwestia bojów odwrotowych i samego odwrotu to już „inna inszość”, ale nie jest to kwestia zamykająca sprawę. Kolejne uzupełnienia to przede wszystkim spadek poziomu wyszkolenia, a więc i skuteczności, szczególnie w przypadku zaawansowanych środków technicznych. Ta kwestia umyka autorowi. Wyciągnięcie armaty z magazynu nie oznacza automatycznie, że jest ktoś, kto potrafi oddać z niej celny strzał. Z drugiej strony autor wskazuje na brak środków transportu, między innymi wspomnianych przeze mnie armat. Można pogubić się w próbach wyciągnięcia wniosków z tej sytuacji.

Na kartach książki przeczytamy o mocnej postawie dowódcy obrony Warszawy, generała Rómmla. Autor nawet nie zatrzymał się w narracji przy tym, że nim dostał nową nominację, dowodził Armią Łódź, którą w zasadzie opuścił, pozostawiając bez dowództwa. Za to przystanął przy generale Kutrzebie, który miał opuścić swoją Armię Poznań, gdy ta szła spod Modlina na Warszawę. Gdzie tu konsekwencja?

Idąc dalej, autor niemal zignorował kwestię łączności. Niemal, bo wątek słabej łączności wytknął przodującym w tym Holendrom, i to w zasadzie tyle. Po lekturze mam wrażenie, że ani łączność, ani rozpoznanie nie były problemem w Wojsku Polskim podczas kampanii wrześniowej. Naczelny Wódz i poszczególni dowódcy znali cały obraz sytuacji, a rozkazy były przekazywane sprawnie i realizowane (a jeśli nie były, to z winy dowódców na szczeblu armii i dywizji). Problem polega na tym, że łączność była w strzępach. Rozpoznanie leżało. Pisał o tym na przykład generał Sosnkowski w swoich wspomnieniach – nie miał łączności z częścią swoich wojsk, nie wiedział, gdzie jest przeciwnik ani własne oddziały. Rozkazy Naczelnego Wodza przychodziły nawet z kilkudniowym opóźnieniem, będąc już całkowicie nieaktualnymi. A skoro przy Rydzu-Śmigłym jestem, to autor nie znajduje w postawie Naczelnego Wodza żadnej skazy, choć w swoim dorobku ma nawet jedną pracę o tej kontrowersyjnej postaci. Pozostawię ten wątek bez komentarza.

Szósty rozdział to spojrzenie na przegrane wojny innych państw do maja 1941 roku. Wciśnięty trochę na siłę, trochę bez sensu, bo w zasadzie ciężko porównywać upadek Grecji, Belgii czy Norwegii do sytuacji Polski. Nie twierdzę, że to źle, iż takie informacje pojawiły się, ale nie czuję, by taka gwałtowna zmiana tematu, która przerywa narrację, pasowała w tym konkretnym miejscu książki. Wygląda to na bardzo słabą próbę wpłynięcia na wnioski wyciągane przez czytelnika, które powinny po tej lekturze brzmieć mniej więcej tak: „każda armia pobita przez Niemców do maja 1941 roku miała mniej wszelkiego sprzętu niż Wojsko Polskie 16 września 1939 roku”. Przypomnę, że całe to porównanie jest tworzone na podstawie przypuszczeń, bo dokładnych stanów oddziałów nie znamy.

Siódmy rozdział to podsumowanie tego, co rzeczywiście wydarzyło się 17 września 1939 roku oraz próba prognozowania, co mogłoby się wydarzyć, gdyby wyeliminować jeden czynnik, czyli Związek Radziecki. To założenie jest w mojej ocenie wręcz karkołomne, ponieważ Tymoteusz Pawłowski wymazuje Związek Radziecki z map albo wysyła w kosmos. Bez znaczenia zresztą, gdzie, co i jak z tymi Sowietami się dzieje w umyśle Pawłowskiego, ważne, że do końca rozważań zawartych w książce, czyli do połowy roku 1940, Związek Radziecki jest całkowicie pomijany, jakby nie istniał. Z tej perspektywy – oraz zakładając, że Francja i Wielka Brytania rzeczywiście ruszą na pomoc – wszystko byłoby możliwe. Autor z każdą kolejną stroną oddala się od jakichkolwiek faktów, grzęznąc w założeniach, że „pewnie tak by było…” (rzecz jasna – bardzo optymistycznie by było!).

Jednak nie jestem do końca przekonany do przedstawianej wizji. Tymoteusz Pawłowski dużo nadziei pokłada w wycofywaniu jednostek niemieckich na zachód czy w wydłużonych liniach logistycznych, co rzeczywiście miałoby jakiś wpływ na dalsze działania, ale nie rozumiem upartych twierdzeń, iż Niemcy w sposób głupi ignorowali korytarz rumuński. Nie widzę tu sensu. Skoro niemieckie decyzje o ruchach i manewrach zakładały wkroczenie Sowietów, a korytarz miał przypaść czerwonym, to czemu brunatni mieliby wykrwawiać się w walkach o niego? To tylko jedna z niespójności w założeniach, ale sprawia, że każda kolejna kartka staje się ciężka do strawienia.

Więc gdzie ci Sowieci? Państwo, które w dwa lata zaatakowało Finlandię, pod groźbą wojny zmusiło Rumunię do oddania Besarabii (tak powstała Mołdawska SRR) i włączyło w swoje granice państwa bałtyckie, nie skrywało swoich agresywnych zamiarów. Czy mogło sobie pozwolić na przesunięcie granic wrogiego ideologicznie państwa o kolejne 300 km na wschód? Usunięcie z wydarzeń 17 września to jedno, ale usunięcie kolosa z całości rozważań o przyszłości to skrajna ignorancja albo czysta fantastyka. Takich sztywnych założeń jest więcej, choćby istnienie korytarza rumuńskiego zależne było od woli Rumunii. Co by było, gdyby Niemcy zmusili ich do zawieszenia tej życzliwości? W końcu sojusz polsko-rumuński wymierzony był w ZSRR, a ten przecież został przez autora usunięty ze wszystkich rozważanych wariantów.

Finał

Na koniec rozdział pod tytułem „Zamiast bibliografii”. Niestety, w tej książce nie ma nie tylko bibliografii, ale i przypisów. Autor zawarł w nim uwagi cenne dla warsztatu historyka, czyli krytykę źródeł, fachowo dzieloną na zewnętrzną i wewnętrzną. Usuwa ona naleciałości propagandowe i błędy, które pojawiają się w kolejnych opracowaniach tematu. Skoro tak ważna jest krytyka źródeł i opracowań, to czemu pan Pawłowski nie dał możliwości powiedzenia „Sprawdzam!” i spojrzenia, czy to, co napisał, nie jest zwyczajnym bluffem? Gdyby treść książki nie próbowała wywrócić porządku przyjętego przez historyków, to nie miałbym nic przeciwko, byłbym wręcz zachwycony, gdyby ktoś zręcznie opisał kampanię wrześniową (vide moja recenzja ostatniej książki profesora Chwalby – Przegrane zwycięstwo). Niestety, nie jest to ten typ książki.

Nie jest to pozycja dla osób, które szukają informacji o przebiegu kampanii wrześniowej, chcących poznać wycinek historii II wojny światowej. Mimo formy popularnonaukowej nie jest to pozycja dla osób nieprzygotowanych merytorycznie. Historycy nie odniosą się do niej, bo i jak, skoro nie ma bibliografii czy przypisów, a jeśli nie będzie im to przeszkadzać, to zapewne omówione wyżej założenia będą nie do zaakceptowania.

„Fakty a nie historia alternatywna” czytamy na karcie tytułowej zaraz pod podtytułem, by przewrócić kartkę i dowiedzieć się, że od września 1939 roku minęło osiemdziesiąt pięć lat… Autor podsuwa inne warianty kampanii wrześniowej i końca wojny, ale daleko im do trzeźwego osądu. To nawet nie owa legendarna „gdybologia”, to czysta fantastyka. Po prostu nie wypada przedstawiać potencjalnej wizji rzeczywistości, idąc tak daleko.

Redakcja: Grzegorz Antoszek
Korekta: Sylwia Kłoda
  • TYTUŁ - Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939
  • AUTOR - Tymoteusz Pawłowski
  • WYDAWCA - Fronda
  • ROK WYDANIA - 2020
  • LICZBA STRON - 512

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *