Znudziły się Wam tradycyjne horrory? Nawiedzone domy i egzorcyzmy są interesujące, ale nieco oklepane? Jeśli szukacie czegoś nowego i zupełnie innego, sięgnijcie po książki Joego Hilla – mistrza grozy młodego pokolenia. Na pewno będziecie zaskoczeni!

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Hilla. Jeśli i Wy również nie mieliście wcześniej przyjemności poznać tego autora, to dobrze trafiliście, bo ta recenzja zdradzi Wam kilka słów na temat tego, jak i o czym pisze. Jeżeli natomiast jesteście już fanami Hilla, pewnie z chęcią przeczytacie pochlebną opinię na jego temat. Hm, a może wcale nie będzie tak super i idealnie? Sprawdźcie sami!

Mistrz czy nie mistrz?

No dobrze, przejdźmy do konkretów. Joego Hilla nazywa się obecnie mistrzem grozy młodego pokolenia. Sam autor przyszedł na świat w 1972 roku, a zadebiutował w 1998, a więc w sumie szmat czasu temu. Kwestia młodego pokolenia jest więc względna i zapewne zależy od punktu widzenia, ale nie to jest tutaj przecież najważniejsze. Bardziej zaciekawiło mnie określenie „mistrz”, bo takich słów raczej nie rzuca się na wiatr. Musiałam więc przekonać się, czy faktycznie Hill jest taki dobry, jak się o nim pisze.

Na samym początku zweryfikowałam swój stan wiedzy i okazało się, że poniekąd z tym, co Joe Hill stworzył, miałam już styczność. Kilka lat temu wybrałam się do kina na film Rogi z Danielem Radcliffem i był to, muszę przyznać, jeden z dziwniejszych horrorów, jakie przyszło mi obejrzeć. Okazało się, że film ten powstał na podstawie książki Hilla pod tym samym tytułem. No, ktoś tu ma niezłe i nieszablonowe pomysły. Robiło się ciekawie.

Przyznam się, że opowiadań zawartych w zbiorze Gaz do dechy, a tych jest aż trzynaście, nie czytałam po kolei. Dobierałam je pod względem długości i uzależniałam od tego, ile miałam czasu. Każde z nich czytało się jednak bardzo szybko i momentami naprawdę było mi szkoda, że autor dany pomysł wykorzystał na opowiadanie, a nie na książkę. Ale może wówczas straciłyby one cały urok? Swoją drogą, zawsze podziwiałam twórców opowiadań, ja zawsze mam zbyt wiele myśli, by móc cały pomysł zawrzeć na kilkunastu czy dwudziestu kilku stronach.

Nieco dziwnie, ale niebanalnie!

Zaczęłam jednak od początku, czyli od tytułowego Gazu do dechy, napisanego we współpracy ze Stephenem Kingiem. Jeżeli na tym etapie miałam jeszcze wątpliwości, że książka ta może okazać się tradycyjnym horrorem, to wówczas właśnie się rozwiały. Demoniczna cysterna goniąca motocyklistów? Czemu nie! Muszę przyznać, że z tak prostego pomysłu obaj autorzy wycisnęli wiele, a napięcie utrzymywało się na wysokim poziomie przez cały czas. Super!

Nie będę Wam oczywiście opisywać wszystkich opowiadań, to nie miałoby sensu. Powiem tylko, że kilka przykuło wyjątkowo moją uwagę. Za najlepszą historię uważam tę zawartą w W wysokiej trawie, czyli kolejnym opowiadaniu napisanym ze Stephenem Kingiem. Układa się panom ta współpraca, nie powiem! To rewelacyjna opowieść, przerażająca, w której dominuje klaustrofobiczna atmosfera i niejednokrotnie osobiście miałam gęsią skórkę. To tego typu historia, która wryje się Wam w mózg i nie będziecie mogli przestać czytać, dopóki nie poznacie zakończenia. Na podstawie tego opowiadania w 2019 roku powstał film pod tym samym tytułem, który obecnie możecie znaleźć na Netflixie. Niedługo z pewnością go obejrzę.

Czytając tę książkę, niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, skąd u Hilla takie pomysły. Nie chodzi tylko o bujną wyobraźnię, z której czerpie, pisząc swoje historie, ale także o sposób ich przekazania. Jeśli ten zbiór wpadnie Wam w ręce, koniecznie zwróćcie uwagę na opowiadania Diabeł na schodach, które ma niespotykaną formę, oraz Tweety z cyrku umarłych, czyli historię stworzoną z postów na Tweeterze. Wow!

Idealny mix gatunków

Po lekturze zbioru opowiadań Gaz do dechy muszę przyznać, że było to może moje pierwsze spotkanie z Hillem, ale z pewnością nie ostatnie. Uwielbiam literaturę grozy, lubię się bać i kocham nieszablonowe pomysły, a to wszystko zafundowała mi jego twórczość. To zresztą nie tylko horror, ale także odrobina SF, thriller psychologiczny i cała masa innych gatunków, które razem tworzą mieszankę wybuchową. Joe Hill nie boi się zabawy ani treścią, ani formą, a to ryzyko zdecydowanie mu się opłaciło.

No i chyba wreszcie przekonałam się do opowiadań. Na ogół lubię długie historie, chcę się wkręcić w rozwijającą się opowieść, która nie ma prostego zakończenia i muszę trochę na nie poczekać, dlatego też chyba częściej oglądam seriale, nie filmy. Jeśli jednak chodzi o opowiadania, to może po prostu nigdy wcześniej nie wpadło mi w ręce nic tak dobrego? Być może czasami Hill dziwił mnie trochę swoimi pomysłami, może nie wszystko od razu kupowałam bez zmrużenia oka, ale koniec końców kupiłam wszystko. I te jego zwariowane pomysły, i historie, jakich nie spotkałam nigdy wcześniej.

Jeśli więc szukacie czegoś, co będzie inne, zaskakujące, czasem nieco pokręcone, ale nie będzie zwykłą historyjką o duchach, to zapoznajcie się z Joe Hillem. Jego opowiadania wywołają u Was dreszczyk, który przeszyje Was do głębi.

Redakcja: Anna Kurek
Korekta: Sylwia Kłoda
  • TYTUŁ - Gaz do dechy
  • TYTUŁ ORYGINALNY - Full Throttle: Stories
  • AUTOR - Joe Hill
  • TŁUMACZ - Izabela Matuszewska, Danuta Górska, Krzysztof Sokołowski
  • WYDAWCA - Albatros
  • ROK WYDANIA - 2020
  • LICZBA STRON - 512

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *