Kategorie
Literatura piękna Recenzje

„Galapagos” – K. Vonnegut

Vonnegut żył w swoim alternatywnym świecie (czołem, Tralfamadorio!) i zgodnie z nim pisał. Tym razem, w książce wydanej w roku 1985, snuje rozważania o tym, co doprowadzi do zagłady ludzkości i w jaki sposób może ona przetrwać. Czy luksusowa wyprawa na Galapagos, w której ma wziąć udział Jacqueline Kennedy-Onassis, może mieć na to jakiś wpływ?

Loteria genów

Przepraszam, jeśli obrażę pamięć śp. Kurta Vonneguta, ale często w myślach nazywam go starym wariatem. Nie sądzę jednak, żeby sam Vonnegut miał mi to za złe, jeśli jego duch krąży gdzieś po świecie, jak duch narratora tej powieści. A jeśli krąży, mam nadzieję, że trafi przypadkiem na przedmieścia Rzeszowa i posłucha, co sobie o nim myślę i jak głęboko szanuję jego twórczość. Półka poświęcona wyłącznie jego książkom jest tego dość dobrym świadectwem. Kocham pana, panie Vonnegut.

Jednak z miłości tej nic nie będzie, nie w sensie biologicznym. Tak powiedziałby sam Vonnegut, wkładając te słowa w usta swojego narratora. Raz, że Vonnegut nie żyje, a po drugie i trzecie, no, sami rozumiecie. Tak czy siak – krzyżowanie się genów, tak interesujące autora w Galapagos, przedstawione jest jako wielka loteria, monumentalna, eonowa rozgrywka, w której wygrywają najbardziej dostosowani. Fascynacja Darwinem i jego odkryciem praw ewolucji, a także dziwną logiką wielkich mózgów współczesnych ludzi prowadzi go do nie do końca pochlebnych wniosków i interesujących prognoz dla Homo sapiens sapiens.

Krótko o fabule

Bohaterami tej powieści jest kilka osób, które zapisały się na Wyprawę Przyrodniczą Stulecia na pokładzie luksusowego wycieczkowca. Przekrój pasażerów jest interesujący: amerykański biznesmen z córką, japoński geniusz komputerowy z żoną, podrywacz-złodziej i owdowiała nauczycielka biologii. Do kompletu dochodzi kapitan statku, w ogóle nieznający się na swoim marynarskim fachu i kilka południowoamerykańskich dzikusek. Cała ta grupa w nieświadomy sposób ma przyczynić się do przetrwania gatunku ludzkiego po wielkiej zarazie i jego ewolucji w zupełnie nieprzewidywalną stronę. Jeśli myślicie, że ludzie za milion lat będą wysocy, szczupli i z wielkimi mózgami, to się mylicie. Chlup! Chlup!

Bohaterowie są, chyba jak zawsze u Vonneguta, zdani na łaskę losu. To on, ślepy i brutalny, potrząsa nimi, odbija jak w wielkim flipperze. Tu wybuch, tam strzał, tu pomysł, tam wykonanie, z jednej strony choroba, z drugiej miłość, alkohol, nienawiść, zrzucona przez kogoś bomba, skórka od banana wyrzucona ot tak, bezmyślnie. To one są łapkami flippera, to one, przypadki i zbiegi okoliczności dyktują, co ludzie robią i jak się zachowują. W efekcie powstaje wielki koncert materii na różne instrumenty, organiczne i nieorganiczne. Trudno jednak powiedzieć, że to muzyka, to kakofonia, ale taka, w której znajduje się swoiste piękno.

Największym antybohaterem jest Wielki Ludzki Mózg. Wydaje się, że jest to najwspanialszy organ człowieka, wyróżniający go pośród innego stworzenia. Uważacie tak Wy, ale nie uważa tak Vonnegut. Szalony Kurt i jego narrator, którego imienia i nazwiska nie mogę zdradzić, bo wyszukiwanie intertekstualności z poprzednimi powieściami jest jedną z największych przyjemności w trakcie lektury, ma o nim druzgocąco złą opinię. W końcu to nadaktywność i przesadne roztrząsanie różnych kwestii prowadzą do największych tragedii ludzkości. Prawda?

Długo zastanawiałem się nad nagłówkiem tej części, w końcu za najlepszy uznałem wielokropek. Wiem, że ma on złe konotacje, kiedy ktoś go nadużywa i sam go nie lubię, ale tu niech będzie znakiem rzeczywistego zamyślenia i intelektualnej niepewności. Otóż, choć książkę dosłownie połknąłem w dwa dni, mimo wielu godzin spędzonych w pracy, i uważam ją za absolutnie fascynującą, coś mi w niej nie pasuje. Nie chodzi oczywiście o mistrzowsko prowadzoną narrację, tak fascynująco i dogłębnie krążącą wokół tych kilku wybranych wycinków czasu, stanowiących trzpienie fabuły. To jest mistrzostwo Vonneguta, które – przyznaję się z żalem i wstydem – bez powodzenia próbowałem naśladować.

O co mi chodzi? W sumie sam nie wiem i nie umiem tego wyjaśnić, ale Vonnegut w tej powieści nie jest sobą. Zalatuje jakimś tetrykiem, zrzędą, marudą pośledniej kategorii. Nie w tym rzecz, że książka coś wyśmiewa, w tym przypadku ludzki mózg, pokazując, jak kruche jest jego połączenie z faktami i rzeczywistością. Rzecz w tym, że naprawdę daleko jej do błyskotliwego humoru innych powieści. Weźmy na przykład Śniadanie mistrzów, to jest jazda bez trzymanki w najlepszym wydaniu. W Galapagos niby humor jest, ale gorzki, męczący, dręczący. Może taki był zamysł? A kto go tam wie.

Odbijając od treści, chciałbym szczególnie, jak zresztą w przypadku całej serii Vonnegutowskiej wydawnictwa Zysk i S-ka, wyrazić swój podziw dla wydania. Jest tak minimalistyczne, ale tak piękne – biała obwoluta z cudownie symboliczną grafiką Jędrzeja Chełmińskiego, łączącą syntetycznie wszystkie istotne wątki powieści, to kolejny popis tego artysty-grafika. Tutaj macie jego profil na Instagramie, warto zajrzeć. A Wy płyńcie teraz na swoje Galapagos.

Redakcja: Sylwia Kłoda
Korekta: Anna Kurek
  • TYTUŁ - Galapagos
  • TYTUŁ ORYGINALNY - Galapagos
  • AUTOR - Kurt Vonnegut
  • TŁUMACZ - Dariusz Józefowicz
  • WYDAWCA - Zysk i S-ka
  • ROK WYDANIA - 2020
  • LICZBA STRON - 398

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *