Odgrzewanie kotletów w nieskończoność prowadzić może do zatrucia pokarmowego. W przypadku książek niestety ta zasada się nie sprawdza. Dowodem na to niech będą utwory poświęcone III Rzeszy. Ich ilość jest przytłaczająca, ale w większości powtarzają one bardzo podobne względem siebie historie i wnioski z nich płynące. Nie inaczej jest z Dzieckiem Hitlera Alfonsa Hecka.

Korzenie popularności

Książka Alfonsa Hecka, dawnego członka Hitlerjugend, będąca jego wspomnieniami z czasów wojny, ukazała się pierwszy raz w sprzedaży w 1985 roku, gdy jej autor miał już pięćdziesiąt siedem lat. Autor po wojnie wyemigrował z Niemiec do Kanady, a potem osiadł w USA, gdzie żył do swojej śmierci w 2005 roku. Współpracował tam z ośrodkami badania Holocaustu i nawiązał kontakt z Helen Rutherford, wraz z którą wygłaszał prelekcje na temat prania mózgów dzieciom w III Rzeszy.

Zatrzymajmy się tutaj na chwilę. III Rzesza niemiecka jest niezwykle atrakcyjnym „kąskiem” dla wydawców. Jest to dość niezwykłe, biorąc pod uwagę, że mówimy o jednym zaledwie państwie, w dodatku istniejącym tylko przez dwanaście lat, ale jest to jak najbardziej zrozumiałe. Tematyka Niemiec kusi i nęci bowiem swoimi atutami. Głównym punktem zainteresowania jest oczywiście postać samego Adolfa Hitlera, na którego temat powstało chyba więcej książek, niż o wszystkich pozostałych bohaterach II wojny światowej razem wziętych. Do tego doliczyć należy biografie dygnitarzy III Rzeszy, zagadnienia militarne i techniczne, aż wreszcie po toczoną z całym światem wojnę, zakończoną apokaliptyczną śmiercią hitlerowskiego reżimu. Wszystko to jest ubrane w pociągającą i jedyną w swoim rodzaju otoczkę państwa narodowych socjalistów: wszelkiej maści organizacje nazistowskie, gigantyczne Parteitagi, propagandę aparatu doktora Goebbelsa, marsze wygrywane przez wojskowe orkiestry, czarne i brunatne mundury SS i SA, sztandary ze swastyką i runami, monumentalne i surowe budownictwo, pełne rozmachu Igrzyska Olimpijskie w Berlinie 1936, neopogańską i okultystyczną manię niektórych dygnitarzy. Zresztą, można wymieniać prawie w nieskończoność. Wszystko to pobudza wyobraźnię i intryguje współczesnych amatorów historii, niemających najwyraźniej dość czytania wtórnych pozycji o tym samym. Książka Alfonsa Hecka bowiem nie wnosi niczego nowego w tym temacie. Na temat Hitlerjugend powstała masa książek, z których sporo wydano po polsku, poczynając od niemal identycznie brzmiącego tytułu Dzieci Hitlera Michaela H. Katera.

Spóźniona krytyka

Jeśli miałbym przyrównać do czegoś Dziecko Hitlera, to najbliżej temu byłoby do Przez piekło dla Hitlera Henry’ego Metelmanna. Tak jak Heck, Metelmann spisał swoje wspomnienia wiele lat po wojnie i zostały one wydane po raz pierwszy w 1990 roku. W tym okresie ukazała się ogromna liczba wspomnień żyjących jeszcze weteranów niemieckich, w większości opatrzonych bombastycznymi tytułami (w których koniecznie musiało pojawić się nazwisko dyktatora III Rzeszy), niezwykle krytycznie nastawionych do przeszłości ich autorów. Tak było u Metelmanna, który nawet nie ukrywał swoich komunistycznych sympatii, tak też jest u Hecka. To nie jest przecież autobiografia dziecka, tylko wspomnienia bardzo dojrzałego mężczyzny, który usiłuje sobie przypomnieć (z różnym skutkiem) swoje odczucia sprzed blisko półwiecza.

Co uderza w trakcie lektury Dziecka Hitlera, to niezwykle samokrytyczny stosunek autora do własnej przeszłości. Książka została skażona „mądrością etapu”. Odniosłem nieodparte wrażenie, że Heck z wielkim upodobaniem swoim i całego swego pokolenia uwiedzionego przez nazizm, pisze wyłącznie po to, by przepraszać i oskarżać samego siebie. Dowolne wydarzenie z lat 30., o którym wspomina autor, momentalnie jest poddawane przez niego krytyce. Gdyby wyeliminować elementy samokrytyczne z książki, stałaby się ona o co najmniej 1/3 krótsza. Heck bardzo oględnie opisuje działalność Hitlerjugend, za to koncentruje się na ocenie Niemców jako narodu i przedstawieniu życia przysłowiowego Hansa Müllera w okresie nazizmu. Owszem, autor opisuje różne niuanse związane z Hitlerjugend, różnego rodzaju inicjatywy i programy szkoleniowe, ale tak naprawdę wszystko to można znaleźć w pierwszej lepszej broszurze poświęconej tej organizacji. Dużo więcej miejsca Heck poświęca pseudo-socjologicznym rozmyślaniom na temat nazizmu i Niemców, zadając sobie, jak wielu autorów przed nim i po nim, sakramentalne wręcz pytanie, dlaczego Niemcy zaufali Hitlerowi. Odpowiedź sprowadza do wniosku, że Niemiec po prostu musi mieć dyktatora, bo wtedy jest Ordnung. Płytko.

Najwięcej miejsca poświęcono charakterystyce systemu totalitarnego i podporządkowaniu życiu jednostki interesowi państwa. Jednocześnie z dużą oszczędnością Heck wypowiada się o sukcesach nazistów, próbując je umniejszać albo bagatelizować. Tym samym daje upust czemuś niedopuszczalnemu w pisaniu wspomnień – prezentyzmowi. Autor opowiada swoją historię, znając skutek końcowy podjętych w przeszłości działań i przez to staje się nieobiektywny. Opisuje wydarzenia tak, jak widział je w 1985 roku, a nie w 1938 roku. Uprzedzenia autora uwidaczniają się także w innych fragmentach, na przykład opisujących „francuskiego patriotę”, pracującego na farmie francuskiego jeńca. Jak opisuje autor, był on „bohaterem i patriotą”, bo krzywo patrzył na niemieckie samoloty (sic!). Heck wplata w książkę nawet swoje sympatie do Republiki Weimarskiej, chociaż w ogóle jej nie pamiętał, gdyż pamiętać jej nie mógł – gdy naziści doszli do władzy, miał zaledwie cztery lata.

Winni? Niewinni?

Myliłby się jednak ten, kto myślałby, że Heck oskarża nazistów o wszystko. O nie, nie! Nieprzypadkowo wspomniałem o tym, że autor współpracował z ośrodkami badania Holocaustu. Większa część książki poświęcona jest prześladowaniom Żydów (oraz, w drugiej kolejności, oskarżeniom o zagładę własnego narodu). Zagadnienie to zostało, mówiąc kolokwialnie, „przewałkowane” tyle razy, że po prostu nuży. Tymczasem o zbrodniach Rzeszy na narodach słowiańskich jest tyle, co kot napłakał. Po prostu ta kwestia gdzieś się przewija między wierszami – ale to tyle. Heck nie poświęca jej większej uwagi i ta szybko niknie w natłoku kolejnych wydarzeń.

W książce Dziecko Hitlera trudno jednak znaleźć przyznanie się do własnych złych czynów. U Hecka bowiem wszystkie złe czyny robili koledzy – to koledzy rzucali kamieniami w witryny żydowskich sklepów, to koledzy pisali donosy. Heck jedynie przyznaje się do swojej zbrodni bycia zafascynowanym nazizmem. I to jak zafascynowanym. Kulminacyjnym momentem Parteitagu w Norymberdze jest scena z przemówieniem Hitlera. Jej opis jest tak bombastyczny, że trudno nie parsknąć śmiechem. Oto Heck z emfazą opisuje, jak ciekną mu łzy i krzyczy „Sieg Heil!”. Odtąd był, jak sam pisze, „oddany duszą i ciałem”. Nieomal opętany przez Hitlera-demona, niczym bohater pośledniejszego horroru. Trudno to skomentować, a tym bardziej brać na poważnie.

Co ciekawe, Heck poświęca znacznie więcej miejsca wypowiedzeniu wojny Stanom Zjednoczonym przez Niemcy, aniżeli samemu wybuchowi II wojny światowej. Stany Zjednoczone odgrywają w tej pozycji rolę niebagatelną, pokusiłbym się o stwierdzenie, że większą niż pozostali Alianci razem wzięci. Świadczy to ni mniej, ni więcej o zamerykanizowaniu wspomnień, których odbiorcami mieli być przede wszystkim Amerykanie, co dodatkowo zniekształca przekaz historyczny Hecka

A może jednak warto?

Wspomnienia Hecka spisane są raczej chaotycznie. Przykładowo: autor wspomina o jakimś człowieku, a dopiero kilka-kilkanaście stron później go opisuje, jakby przypominając sobie, że zapomniał przedstawić nowego bohatera. Większość postaci ma jednak charakter wyłącznie epizodyczny i jest przedstawiona bardzo oględnie – poza ich imionami nie dowiadujemy się wiele więcej na ich temat. W książce znalazło się miejsce dla licznych dygresji i futurospekcji odnoszących się do czasów współczesnych Heckowi, czyli lat 80. Wiele kwestii uproszczono, najwidoczniej przygotowując grunt pod amerykańskiego odbiorcę, niezbyt zorientowanego w sprawach europejskich. Trudno także nie oprzeć się wrażeniu, że pewne wydarzenia zostały celowo uwypuklone albo podkoloryzowane przez Hecka kosztem innych. Autor bardzo dużo miejsca poświęcił okresowi 1936-1938, podczas gdy okres 1939-1942 jest opisany raczej po macoszemu i bardziej oględnie, chociaż Heck powinien go dużo lepiej pamiętać niż okres wczesnego dzieciństwa. Niemniej jednak książkę czyta się całkiem dobrze – być może, paradoksalnie do wszystkich wymienionych wyżej wad, Heck posiadał tak zwane „lekkie pióro”. Z pewnością jego wspomnienia są urozmaicone, czy to opisem pierwszego stosunku z kobietą, czy to lotami szybowcem, czy to zestrzeleniem amerykańskiego bombowca. Tym niemniej, by dotrzeć do ciekawszych fragmentów książki z okresu 1943-1945, trzeba najpierw przebrnąć przez quasi-socjologiczną analizę niemieckiego społeczeństwa.

Pozostaje zatem ocena końcowa i pytanie zasadnicze: dla kogo jest ta pozycja? Przez małą ilość militariów i opisów działań wojskowych książka ta nie będzie raczej ciekawa dla pasjonatów historii II wojny światowej. Dzięki jednak swojej przystępnej formie, opisom historii ludzi oraz przemyśleniom autora na temat społeczeństwa książka ta może spodobać się osobom mniej zainteresowanym historią, a bardziej nastawionym na socjologię i psychologię. Wspomnienia Hecka mają – jak sam autor mówił – charakter uniwersalny: jako ostrzeżenie przed wykorzystywaniem dzieci jako ofiar, ale także narzędzia propagandy. Dorosły Alfons Heck staje przed nami i grozi palcem: „do tego prowadzi pranie mózgów – nie można do tego dopuścić”. Roztacza niewypowiedzianą do końca wizję: co by było, gdyby on i tysiące jego towarzyszy z Hitlerjugend dorosło w zwycięskiej III Rzeszy.

Redakcja: Grzegorz Antoszek
Korekta: Sylwia Kłoda
  • TYTUŁ - Dziecko Hitlera. Moja młodość wśród nazistów
  • TYTUŁ ORYGINALNY - A Child of Hitler: Germany in the Days When God Wore a Swastika
  • AUTOR - Alfons Heck
  • TŁUMACZ - Jacek Spólny
  • WYDAWCA - Replika
  • ROK WYDANIA - 2020
  • LICZBA STRON - 336

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *