Stawać przed takim tytułem i recenzować to z jednej strony wyzwanie, z drugiej wielka przyjemność. Wielka miłość Rhetta Butlera do Scarlett O’Hary, zekranizowana i nagrodzona Oscarami, jest jeszcze piękniejsza na kartach książki. I pisze to mężczyzna, który nie dość, że nie lubi romansów (no, poza „momentami”), to jeszcze dostaje przy nich mdłości.

Romans wszech czasów

Moje pierwsze spotkanie z panienką Scarlett O’Harą to jeszcze zamierzchłe czasy dzieciństwa, kiedy oglądałem z mamą słynną ekranizację z 1939 roku. Potem, już słabo, pamiętam serialową kontynuację z Timothym Daltonem (to jeden z tych dwu odtwórców roli Jamesa Bonda, których nikt nie lubi). A już po wielu latach sięgnąłem po książkę, uprzednio podarowawszy dwutomowe wydanie tej, która pokazała mi tę historię. I nie wiem, kiedy przepadłem. Tysiąc stron zniknęło i pozostała bezdenna pustka.

To jedna z niewielu książek, z których umiem zacytować pierwsze zdanie z pamięci. Pozwolicie?

Scarlett O’Hara nie była piękna, ale mężczyźni, zadurzeni w niej jak dwaj młodzi Tarletonowie, rzadko zdawali sobie z tego sprawę.

Powieść, która wyszła spod pióra chorej na artretyzm i nieopuszczającej łóżka Margaret Mitchell to coś, co skruszy serce każdego. Moim zdaniem to najwspanialsza historia miłosna świata, której nie pobije nikt i nic. W dodatku została zarysowana szeroko na wielkim tle historycznych przemian w Stanach Zjednoczonych – secesji i wojny domowej a następnie okresu rekonstrukcji – co pozwoliło autorce na pokazanie wielu elementów życia amerykańskiego Południa, o których nie miałem pojęcia.

Oh, Rhett

Trudno nie odnieść się do bohaterów. Zapewne znacie ich z filmu, w którym wystąpili Clark Gable i Vivien Leigh, lecz ich książkowe wersje są znacznie ciekawsze, znacznie bardziej rozbudowane i o wiele bardziej interesujących historiach. Sama Scarlett, z której kino uczyniło rozkapryszoną piękność, w powieści przedstawiona jest zgoła inaczej. Powiedziałbym, że ma wręcz odmienny charakter, dąży do innych celów (poza tym jednym, o którym niżej) i robi to z podziwu godną determinacją, nawet kosztem planów i marzeń innych.

Tu wtręt o rysunkach, bo wydanie zostało zilustrowane przez Hannę Halarewicz. Nie uwolnicie się od obrazu Vivien Leigh i Clarka Gable’a jako głównych bohaterów, bowiem pojawiające się z rzadka grafiki to kompozycje stworzone na podstawie filmowych kadrów. Zachwyca jednak kreska i barwa, lekkie, ale sugestywne, wierne, ale pozwalające na użycie własnej wyobraźni. Bardzo dużą rolę gra w nich subtelność cienia. Także okładkę zdobi grafika właśnie w tej konwencji, ukazująca splecionych głównych bohaterów.

Choć panienka Scarlett jest w stanie skraść serce każdego, bo w końcu żwawa i urocza z niej osóbka, to jednak… To jednak moim ulubionym, ba!, ukochanym bohaterem tej powieści jest Rhett Butler. To człowiek, którym chciałbym być, kiedy dorosnę lub jeśli istnieje reinkarnacja. O Boże, co ja się emocjonowałem, obserwując jego podchody do Scarlett, jakże współczułem mu, kiedy ona – SPOILER ALERT – wciąż kochała innego. I jakże podziwiałem, kiedy powiedział swoje słynne:

„Frankly, my dear, I don’t give a damn”

Powieść zaskakuje także konstrukcją bohaterów drugoplanowych i tym, jak wspaniale ich losy mieszają się z losami Scarlett i Rhetta. Tu oczywiście na pierwszy plan wybija się Melania Wilkes, której nie sposób nie lubić tym rodzajem ckliwej sympatii, jakim ona wręcz ocieka dla każdego w swoim otoczeniu. Jej mąż również gra olbrzymią rolę w całej historii i to niekoniecznie taką, której sam pragnie i czytelnik widzi to od pierwszych niemal stron. I ziemia – ziemia to emanacja miłości, to materialny symbol tego, dla czego i po co człowiek żyje, symbol więzi z naturą i uzależnienia człowieka od losu. Po latach wiem, że każdy ma swoją Tarę.

Margaret Mitchell przedstawiała pewne sprawy zupełnie nie tak, jak widzimy je dziś. Nic więc dziwnego, że w epoce zaostrzających się konfliktów rasowych i bezwstydnego manipulowania historią przez pewien czas Przeminęło z wiatrem było najchętniej oglądanym i poszukiwanym filmem, gdy usunięto je z najbardziej znaczących platform streamingowych. Co tak wstrząsa? Pozycja Murzynów i ich relacja z białymi panami. Wiadomo, że byli niewolnikami (co samo w sobie jest złe), ale to niewolnictwo u Mitchell nie jest ciągiem tortur i pracy do wycieńczenia. Owszem, Murzyni są niewolnikami i pracują, ale nie pod batem, ale jako cenieni pomocnicy, którzy za wieloletnią pracę otrzymują utrzymanie na starość, szacunek i głos w sprawach posiadłości, a często i wolność. Dla mnie obraz ten był szokujący, zwłaszcza wtedy, kiedy sami Murzyni potwierdzali swoje przywiązanie do „państwa”, a nie pałali do nich nienawiścią. To naprawdę ciekawy obraz, choć nie neguję tego, że bywali też okrutni właściciele.

Damy i gentlemani

Piękno świata amerykańskiego Południa, jakie odmalowała Mitchell, jest tym bardziej pociągające, że już nie istnieje. Dla części Amerykanów Południe to trochę takie nasze utracone Kresy – ma się świadomość raju utraconego, ale i nieodwracalności tej straty. I serce się kraje na myśl o tym, że kiedyś, gdzieś, damy i gentlemani, ubrani nienagannie nie tylko od święta, budowali kulturę, która dziś znika w zastraszającym tempie. Że honor i świadomość swojego miejsca w świecie mogły być tak oczywiste i niepodważalne. Aż się człowiek buntuje na to, co robili na Południu „rekonstruktorzy”, karierowicze bez serca i skrupułów okradający zubożałych plantatorów.

Nie polecam tej książki, bo „polecać” taki klasyk, to wręcz obelga. Ja Przeminęło z wiatrem zachwalam i ilekroć o nim mówię, wzruszam się (choć tego nie lubię!). Stale więc poszerzam krąg osób, które mają za sobą tę wspaniałą, cudowną, niesamowitą i powalającą na kolana powieść. Mam nadzieję, że i Wy do tego grona dołączycie.

Redakcja: Anna Kurek
Korekta: Sylwia Kłoda
  • TYTUŁ - Przeminęło z wiatrem
  • TYTUŁ ORYGINALNY - Gone with the Wind
  • AUTOR - Margaret Mitchell
  • TŁUMACZ - Celina Wieniewska
  • WYDAWCA - Albatros
  • ROK WYDANIA - 2020
  • LICZBA STRON - 1022

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *