„Odkąd jestem w Instytucie Benjamenty, doszedłem to tego, że stałem się dla siebie zagadką […] Może tkwi we mnie człowiek na wskroś pospolity. Ale może w moich żyłach płynie krew arystokratyczna. Nie wiem. Jedno tylko wiem z całą pewnością: będę w przyszłości rozkosznym, okrągłym zerem. Na starość będę obsługiwał młodych, pewnych siebie, źle wychowanych prostaków, albo będę żebrał, albo zginę marnie” (s. 5-6).

Kiedy rok temu sięgałam po Zbója Roberta Walsera, wiedziałam tylko tyle, że to powieść eksperymentalna, ale nie spodziewałam się odnalezienia kolejnego ulubionego autora, po którego mogę sięgać w ciemno. Jakob von Gunten (1909) to wczesny utwór Walsera, jedna z nielicznych jego powieści. Jak wspominałam w tamtej recenzji, pisał przede wszystkim krótkie formy (mikrogramy), ale też poezję i dramaty. Niniejsza książka zawiera już charakterystyczne dla autora cechy, które odnalazłam również w Zbóju – ironiczny humor, wątki autobiograficzne, konflikt ja-świat, niepowtarzalny styl. Jednak w odróżnieniu od ostatniej książki Walsera, Jakob von Gunten to powieść-przyśnienie, przywodzi momentami na myśl lżejszą wersję opowiadań Schulza, choć została napisana ponad dwadzieścia lat wcześniej.

Podtytuł powieści brzmi Dziennik, ale nie ma on tradycyjnej formy. Narracja jest co prawda pierwszoosobowa, ale nie ma tutaj żadnych dat ani jakichkolwiek form oddzielania od siebie konkretnych dni czy w ogóle upływu czasu. Trudno powiedzieć, jak długo trwa akcja. Rzeczywiste zdarzenia mieszają się ze snami i rozmyślaniami.

Niniejsze wydanie jest wznowieniem, po raz pierwszy powieść ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego w 1988 roku w tłumaczeniu Małgorzaty Łukasiewicz.

Mali i podrzędni

Niżej podpisany Jakob von Gunten, syn zacnych rodziców, urodzony tego a tego dnia, spędziwszy młodość tam a tam, został wychowankiem Instytutu Benjamenty, aby przyswoić sobie te parę wiadomości, jakie są niezbędne, jeśli chce się wstąpić na służbę. Tenże niczego od życia nie oczekuje. Pragnie być traktowany surowo, aby dowiedzieć się, jak to jest, kiedy trzeba brać się w garść. Jakob von Gunten nie budzi wielkich nadziei, ale zamierza sprawować się porządnie i uczciwie (s. 49).

Instytut Benjamenty niegdyś szczycił się sławą wybitnej szkoły dla lokajów, ale w ostatnim czasie jego wielkość zaczęła podupadać. Młody Jakob wraz z kolegami gorliwie uczą się jednej lekcji: jak powinien zachowywać się chłopiec. Nie mają wiele obowiązków, „nauczyciele śpią albo pomarli, albo są w letargu, albo zamienili się w kamienie, tak czy inaczej nie ma z nich żadnego pożytku” (s. 7). Ich przełożonymi są dyrektor szkoły, pan Benjamenta, i jego siostra, panna Lisa. To ona jest ich jedyną nauczycielką, a uczniowie darzą ją bezgranicznym uwielbieniem. Wkrótce między Jakobem a rodzeństwem nawiążą się osobliwe więzi.

Kraina snu

Wbrew pozorom warstwa fabularna powieści nie skupia się wyłącznie na opisywaniu zajęć chłopców w Instytucie. Jakob często wędruje po mieście, marzy oraz rozmyśla o sobie i innych. Czasem zdarza mu się popadać w dygresje, ale nie przysłaniają głównego wątku. W przeciwieństwie do Zbója składającego się niemal z samych dygresji, ta książka jest przystępniejsza, dzięki swojej jeszcze względnie tradycyjnej formie nie wymaga takiego nakładu energii i skupienia. Jest jednak pod niektórymi względami nowatorska jak na czasy, kiedy modernizm dopiero się zaczynał, a jego wielkie dzieła miały dopiero powstać. Wyprzedza epokę dzięki nieokreślonej, onirycznej atmosferze, umieszczeniu w tekście fragmentu dramatu wystawianego przez chłopców i na poły erotycznej relacji Jakoba i rodzeństwa Benjamentów, do której jeszcze wrócę. Nic dziwnego, że Walserem inspirował się Kafka.

Instytut Benjamenta to miejsce z pogranicza jawy i snu, porównanie do Sanatorium pod Klepsydrą wcale nie jest aż tak bardzo na wyrost, choć klimat u Schulza jest gęstszy. Uczniowie żyją prawie jak manekiny, są posłuszni, pracowici i obowiązkowi, nie kwestionują niczego i nie zadają pytań. Rzeczywiście szkolą się na idealnych służących, nie mogą się doczekać, aż będą mogli pójść do pracy. Kolegą Jakoba wykazującym największe natężenie tych cech jest Kraus, który nie zauważa postępującego upadku szkoły. Za wiele ich różni, zupełnie inaczej patrzą na rzeczywistość. Czy Walser tak samo zmagał się z całą kulturą mieszczańską? W końcu ostatecznie wolał dobrowolnie spędzić wiele lat życia w zakładzie dla umysłowo chorych.

Odważyłem się rzucić wobec Krausa pewną uwagę na temat Benjamentów. Mam wrażenie, rzekłem, że blask, jaki Instytut zawsze roztaczał, uległ pewnemu zmąceniu. Co to może być? Czy Kraus może coś wie?
Rozzłościł się i odparł:
– Człowieku, nabijasz sobie głowę jakimiś głupstwami. Co to za pomysły. Weź się do roboty! Pracuj, to nie uderzy cię nic uderzającego. Chodzi i węszy. Chce wywąchać opinie i poglądy. Zejdź mi z oczu. Jeszcze trochę, a w ogóle nie będę mógł na ciebie patrzeć (s. 121).

Przewrotnie o dojrzewaniu

Jakob, rozpoczynając naukę w Instytucie, pragnie być użyteczny, a zdobycie zawodu ma mu to umożliwić. Kiedy na służbę odchodzą kolejni koledzy, coraz bardziej naciska na dyrektora, aby wysłał go na posadę, ale ten ciągle odmawia. Ostatecznie chłopiec znajduje swoje miejsce, ale nie takie, jak przypuszczał. Wygląda to tak, jakby Walser odwrócił schemat osiągania dojrzałości według standardów społeczeństwa mieszczańskiego. Czy dojrzali są byli uczniowie, którzy trzymają się utartego modelu życia i pracują jako lokaje, czy raczej Jakob odnajdujący własną drogę? Według Krausa Jakob jest głupi i niepoprawny, żegna się z nim słowami: „popraw się, zmień się […] więcej pracy, mniej pragnień” (s. 153-154). Sam Walser ukończył podobną szkołę i pracował kilka miesięcy jako służący w Dąbrowie Niemodlińskiej (wówczas Dambrau), więc na pewno zawarł w powieści jakieś własne doświadczenia.

Oprócz innego sposobu myślenia o dojrzewaniu do życia w społeczeństwie, Jakob von Gunten przedstawia również nietypowe dojrzewanie seksualne. Nie wiadomo, ile lat mają dokładnie uczniowie, czy są nastolatkami, czy trochę starsi, a okazuje się, że ma to znaczenie. Jakob wikła się w stosunki z panem i panną Benjamentami, a choć Walser opisuje spotkania i rozmowy z nimi naprawdę subtelnie, to między wierszami można wiele wyczytać. Nie ma tu żadnych scen erotycznych, ale są sugestie. Pewne fantasmagoryczne epizody można interpretować w różny sposób, z kolei niektóre opisy chemii pojawiającej się między bohaterami są wyrażone wprost. Jakob podkochuje się w Lisie, a jej brat w nim, i muszą znaleźć wyjście z tej niełatwej sytuacji. Więcej o tym problemie, jak również o całej książce, pisze w posłowiu Piotr Paziński.

Proza Walsera jest wyjątkowym zjawiskiem, autor potrafił w niezwykły sposób wytworzyć oniryczny klimat i aurę upadku, łącząc je z pogodą ducha narratora. Instytut nie jest więc miejscem rodem z koszmaru, jakim mógłby być. Same opisane tu wydarzenia mogłyby służyć za kanwę horroru, ale Walser w ogóle nie idzie w tę stronę. Książka jest napisana tak lekko i frywolnie, że albo w ogóle nie ma tam rozpaczy, albo osiągnęła takie stadium, w którym nie pozostało już nic poza śmiechem. Nawet ostatnie słowa powieści można odczytać różnie. Może to właśnie najwyższe stadium dojrzałości – pogodzenie się z własną nicością.

A jeśli zginę i zmarnieję, co właściwie zginie i zmarnieje? Zero. Ja, pojedynczy człowiek, jestem tylko zerem. Ale teraz precz z piórem! Precz z myśleniem! […] Nie chcę już o niczym myśleć. O Bogu także nie? Nie! Bóg będzie ze mną. Po co jeszcze o nim myśleć? Bóg jest z bezmyślnymi (s. 164).

Co tu dużo mówić, mam nadzieję, że PIW wyda tyle Walsera, ile tylko będzie mógł.

Redakcja: Sylwia Kłoda
Korekta: Grzegorz Antoszek
  • TYTUŁ - Jakob von Gunten
  • TYTUŁ ORYGINALNY - Jakob von Gunten. Ein Tagebuch
  • AUTOR - Robert Walser
  • TŁUMACZ - Małgorzata Łukasiewicz
  • WYDAWCA - Państwowy Instytut Wydawniczy
  • ROK WYDANIA - 2021
  • LICZBA STRON - 176

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *