Dziś, kiedy Afganistan ponownie jest na ustach całego świata, a różni politolodzy usiłują wyjaśniać, co i dlaczego tam zaszło, warto wrócić do przeszłości. Jak mówił płk. Trautman w ostatniej części kultowego Rambo III, wielu próbowało podbić Afganistan, ale nikomu się to nie udało. Wtedy mówił o Sowietach, o interwencji, w której udział brał Zigmus Stankus.

Tragedia i męstwo Afganistanu

Po 20 latach obecności amerykańskich wojsk Afganistan znowu jest osamotniony. Ponownie zajmą go Talibowie, co do których narosło wiele kontrowersji, choćby z powodu terroryzmu. Ponad czterdzieści lat temu, w 1979 roku do tego samego Afganistanu przybyli żołnierze radzieccy i pozostali tam dekadę. Ewakuowali się dokładnie w ten sam sposób, jak uczynili to ostatnio Amerykanie. Kraj znowu pozostawiono samemu sobie.

Nie o tym jednak jest książka Zigmusa Stankusa, radzieckiego żołnierza z Kłajpedy – „Łabusa”, jak określali Rosjanie Litwinów, Łotyszy i Estończyków, obywateli wielkiego Sojuza. Stankus był jednym z pierwszych, którzy otrzymali powołanie do wojska ze skierowaniem do Afganistanu. On i jego koledzy z kompanii mieli rozpocząć ten wielki proceder wojenny w „Afganie”. Termin „proceder” w tym ujęciu będzie się bronił. Jak? O tym później.

Świadectwo

Nakładem Ośrodka Karta w doskonałej serii „Świadectwa”, która jest wspaniałym zbiorem polskiej i europejskiej literatury faktu XX wieku, na rynku księgarskim pojawił się bestseller pióra Zigmusa Stankusa Jak zostaje się albinosem (lit. Kaip tampama albinosais). Podtytuł publikacji precyzuje tajemniczego albinosa, ponieważ czytelnik dowiaduje się, że idzie o wojnę w Afganistanie widzianą przez radzieckiego żołnierza od samego początku, czyli w latach 1979-1981. Sowieci wyszli z górzystego kraju w 1989. Wielu ocenia, że wojna ta była jednym z gwoździ do trumny komunistycznego molocha.

Stankus w rodzinnej Kłajpedzie otrzymał powołanie do wojska i z pierwszym rocznikiem poborowych wysłano go do egzotycznego – nawet jak na radzieckie warunki geograficzne, nie wspominając o litewskich – Afganistanu. Najpierw rzucono ich jednak w bezlitosne tryby szkolenia wojskowego, które było (i zapewne wciąż jest) niczym innym jak tylko okresem permanentnego poniżenia i odczłowieczenia, prowadzonego przez nieco tylko wyższych rangą żołnierzy (przy czym wyższy stopień wojskowy niekoniecznie wiązał się z wiekiem czy odbytymi latami służby). Pod okiem oficerów, aprobujących dziedowszczynę (ros. дедовщина, a po polsku – fala), podoficerowie nieraz bezmyślnie szafowali życiem oraz zdrowiem fizycznym i psychicznym swoich podkomendnych. Stankus wraz z grupą rówieśników, prezentujących przy tej okazji najszerszy koloryt społeczny i kulturowy wielkiego Sojuzu, w końcu zostawszy pełnoprawnym żołnierzem, został przetransportowany do miejsca docelowego.

Krótko, po żołniersku

Narrację cechują niemal machinalny, miejscami wręcz sztampowy wybór tematów i wspomnień, oraz suchy, praktycznie pozbawiony wyraźnych ozdobników językowych styl. Znakomicie podkreśla on kontrast tego, jak prozaicznych, ale też ważnych wydarzeń autor był świadkiem. Bez zbędnych ubarwień, bez zbędnych opisów i rozdmuchiwania, surowo, po żołniersku Stankus ocenia sytuacje, z którymi się zetknął w trakcie służby. To wyraźny plus tej opowieści, ponieważ w przeciwnym wypadku pewnie wpadłby w pompatyczny ton, którego nie ustrzegł się Fedor Bondarczuk w swoim filmie 9. kompania.

Tu muszę nadmienić, że Bondarczuk wpisał się w wyidealizowany obraz radzieckich żołnierzy walczących w Afganistanie, czy Czerwonoarmistów w ogóle. To obecnie typowy sposób przedstawiania przeszłości w rosyjskiej kinematografii. Ale jeśli ktoś widział 9. kompanię, to czytając Jak się zostaje albinosem, nie będzie mógł uniknąć porównań czy posiłkowania się ujęciami z filmu. Różnica jest jednak taka, że Stankus pokazuje początek tej wojny, Bodnarczuk zaś jej smutny koniec. Tyle, jeśli idzie o wycieczki kinowe, poza jeszcze jedną: autor na samym końcu książki sam wspomni o wzmiankowanym filmie.

Armia odarta z munduru

Esencją wspomnień Stankusa jest obnażenie Armii Radzieckiej. Słowami autora armia ta zostaje dosłownie roznegliżowana. Stoi przed nami w nieskrywanym skonfundowaniu i skazana jest na oczekiwanie, kiedy wreszcie zdecydujemy się odwrócić od niej swój wzrok. Albo też nie odwrócimy, bo będziemy czerpać swoistą satysfakcję z tego stanu rzeczy, tak jak odczuwał to autor. Opinia Stankusa na temat logistyczno-strategicznych poczynań dowódców, szeroko pojętej polityki, która zawsze kryła się za zbrojnym ramieniem wielkiego Sojuza, oraz rzeczywistych efektów tej nieudanej, ale krwiożerczej fuzji, nie pozostawia nam złudzeń. Dla Rosjan i innych narodów ZSRR ta wojna była niepotrzebna, a co jest naprawdę szokujące, to że konkluzja ta pojawiła się, kiedy konflikt jeszcze się na dobre nie zaczął. Stankus pokazuje marnotrawienie zasobów ludzkich i sprzętu, wskazuje błędy w podejmowaniu decyzji, jednak nie z perspektywy sztabów, lecz z oczami młodego „trepa”, który tu i teraz przemierza setki kilometrów trudno dostępnych, kamiennych połaci Afganistanu.

Autor udowadnia bezsensowność tej wojny i uwidacznia rzeczywiste jej ofiary – swoich kolegów, ludność cywilną Afganistanu, jak również wrogów, którzy przecież tak jak on sam muszą wykonywać rozkazy swych przełożonych. Mimo braterstwa broni Stankus nie pozostawia również suchej nitki na kolegach, współbraciach niedoli, kompanach, sąsiadach pryczę w pryczę w namiocie polowym, miejsce w miejsce w dusznym przedziale transportera opancerzonego czy we wspólnie wykopanym okopie. Krytycyzmu nie zmniejsza nawet to, że spędził z nimi długie godziny raz o głodzie i chłodzie, raz w potwornej spiekocie afgańskiego słońca. W oczach Stankusa jego koledzy z przeróżnych części wielkiego Sojuza to banda zawszonych – dosłownie – nieobytych prostaków, wrzuconych w wir konfliktu, co do którego nie posiadali nawet własnego zdania. Widać nie ich rolą było oceniać. Koledzy Stankusa byli złodziejami, kombinatorami, bandziorami, skorumpowanymi do cna typkami spod ciemnej gwiazdy, do tego notorycznie pijani bądź naćpani. Czy w oparciu o takie kadry budowana była Armia Radziecka? Nie. To warunki, w jakich przyszło żyć tym młodym ludziom, spowodowały, że takimi się stali. To sama armia była zepsuta i roznosiła zepsucie, zarażając nim tych, którzy pojawiali się w jej szeregach. Zigmas Stankus był taki sam, z czym absolutnie nie kryje się na kartach swych wspomnień. Był malutkim trybikiem wielkiej machiny i wykonywał dokładnie to samo, co ci, o których pisał. Jeśli trzeba było iść na zaczystkę, czyli otoczyć i przeszukać budynki, by znaleźć wroga, robił to samo, co inni, nieraz ochoczo. W praktyce oznaczało to rabunek i mordowanie ludności cywilnej z zimną krwią. Autor nie ma litości dla armii, nie ma litości dla swych kolegów i nie ma litości dla siebie samego.

Ale koledzy, mimo, iż nie pozostawia na nich suchej nitki, są dla niego ważni i nie zapomina, bo byli to dla niego towarzysze niedoli, a szczególnie ci, którzy tak jak on przeszli kolejne szczeble istnienia w armii, czy przeżyli kolejne i kolejne akcje bojowe, wykazując się podczas nich rozwagą, odwagą, koleżeństwem i poświęceniem. Stankus tylko tym ufa. Tylko tych uznaje za swych kolegów, ponieważ wie, że w każdej niebezpiecznej sytuacji może na nich liczyć. Wie, że to jego najbliżsi w Afganistanie, niemal rodzina, a może coś więcej niż rodzina. I mimo że wielokrotnie wieszał na nich psy, że gardził ich zachowaniami czy nie rozumiał cywilnego życia, to wie jednak, że tylko dzięki nim mógł przeżyć.

Afgan, Afganistan

Co jeszcze oferuje książka Stankusa? Opis brutalnych realiów wojennych, w tym śmierci setek żołnierzy radzieckich, żołnierzy sojuszniczych sił afgańskich, wrogich Mudżahedinów i tysięcy ludności cywilnej. Tę ostatnią rabował i mordował, kto tylko chciał, każda z wcześniejszych grup miała w tym swój udział. Ludzie, o których Stankus pisał, przebywający w jego najbliższym otoczeniu, stosunkowo szybko ginęli, padali dotkliwie ranni lub byli odsyłani na tyły, gdy wytrzymałość ich psychiki osiągnęła kres. Czytając to wszystko, czuje się dokładnie ten sam ból, który przeżywał autor. Szokujące fakty i opisy pojawiające się na kolejnych stronach książki, niczym pociski wystrzelone z Kałasznikowa dziurawią i tak podniszczony obraz wojny radziecko-afgańskiej. Poza tym będą tam te same toposy, którymi żywi się od wieków literatura wojenna – krew, porozrzucane szczątki ciał, fragmenty mózgów, rozciągnięte trzewia, wymiociny, wszędobylski kurz, lepiący się brud i wszy. Stankus z przerażającą dokładnością, lecz nie porzucając swojej sztywnej narracji, wplata w swoje wspomnienia kolejne takie opisy. Co ważne, opisy dotyczą jego towarzyszy broni.

Autor sprawia wrażenie, jakby podczas pisania przeżywał swoistą schizofrenię. Z jednej strony gardzi Armią Radziecką, kadrą oficerską, polityką kryjącą się za jej pagonami, a nawet ludźmi takimi jak on, z samego dołu. Z drugiej strony jest przekonany, że w ramach służby, wokół wytyczonych ścieżek regulaminów i rozkazów, on i ludzie z jego oddziału wykonywali swoją codzienną pracę w sposób wzorcowy, tak jak przewidywano to w przepisach. Nie ma i nie może sobie niczego zarzucić, a przynajmniej na tym etapie służby w Afganie. A może to przemyślenia Łabusa, nie-Rosjanina, którego kraj ogłosi niepodległość nieledwie rok po zakończeniu radzieckiej interwencji w Afganistanie?

Redakcja: Grzegorz Antoszek
Korekta: Anna Kurek
  • TYTUŁ - Jak się zostaje albinosem. Wojna w Afganistanie oczami sowieckiego żołnierza 1979-1981
  • TYTUŁ ORYGINALNY - Kaip tampama albinosais
  • AUTOR - Zigmas Stankus
  • TŁUMACZ - Jan Sienkiewicz
  • WYDAWCA - Ośrodek KARTA
  • ROK WYDANIA - 2021
  • LICZBA STRON - 264

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *