Kategorie
Literatura piękna Recenzje

„Wyrok śmierci” – M. Blanchot

Ta hipnotyczna, medytacyjna, awangardowa proza zostawi Was być może z mętlikiem w głowie, nieusatysfakcjonowanych i zagubionych, ale o to właśnie chodzi. Tylko taka literatura staje się motorem zmian i rozwoju.

Maurice Blanchot (1907–2003) to kolejny ważny dwudziestowieczny autor, po którego twórczość sięgnęłam, nie słysząc o niej wcześniej i nic o niej nie wiedząc. Często kieruję się intuicją i rzadko mnie zawodzi – tak też było w tym przypadku. I chociaż może nie zachwyciłam się Wyrokiem śmierci w typowym znaczeniu, to powieść tę doceniam i uznaję jej wartość. Z wielką literaturą tak właśnie jest – może, ale nie musi się podobać, a czasem wręcz przeciwnie, uwiera, przygniata, nie wiadomo, jak do niej podejść. Zmusza do wysiłku, tak że nawet mała objętość może zmęczyć. Prawdziwi mistrzowie idą własną drogą i nie tworzą po to, by zadowalać innych.

Blanchot był nie tylko pisarzem, ale też teoretykiem literatury, a z wykształcenia filozofem i lekarzem. W latach 30. jako dziennikarz i redaktor związany był z prasą i środowiskami skrajnej prawicy, jednak podczas wojny pomagał ofiarom prześladowań, a po wojnie zwrócił się ku lewicy – potępiał wojnę w Algierii, brał czynny udział w wydarzeniach Maja 1968 i występował przeciwko Charles’owi de Gaulle’owi. Blanchot wywarł wpływ na francuską nową powieść i poststrukturalizm, był znaczącą postacią powojennego francuskiego życia literackiego. Jest autorem powieści, opowiadań i prac filozoficznych i teoretycznoliterackich. W Polsce w 2009 roku ukazały się tylko Tomasz MrocznySzaleństwo dnia oraz prace Wokół Kafki (1996) i Przestrzeń literacka (2016). Polska premiera Wyroku śmierci ponad siedemdziesiąt lat po oryginale jest więc ważnym wydarzeniem.

Śmierć pięknych kobiet

Trudno w tym przypadku o krótkie streszczenie fabuły, ponieważ jej tu nie ma. Tylko o pierwszej z dwóch części książki można powiedzieć, że ma coś na jej podobieństwo. Jest to historia J., przyjaciółki narratora umierającej na gruźlicę. W drugiej pojawiają się trzy kolejne bohaterki: Colette, Simone i Nathalie, ale bardziej w pojedynczych, przeplatających się obrazkach niż tradycyjnym toku opowieści. Centralną postacią jest bezimienny narrator, który w formie monologu przywołuje związane z tymi kobietami wspomnienia i refleksje nie tylko na temat łączących go z nimi relacji, ale też chorób, sposobu i roli pisania, mówienia i milczenia, a nawet niektórych wydarzeń II wojny światowej.

Jest to też książka częściowo autobiograficzna. Akcja pierwszej połowy dzieje się w 1938 roku. Narrator, podobnie jak Blanchot, jest dziennikarzem w Paryżu i wyjeżdża do sanatorium. W tym czasie J. (która być może też ma swój pierwowzór w rzeczywistej znajomej autora – Colette Peignot, kochance George’a Bataille’ego) zostaje poddana nowej, ryzykownej terapii, ale lekarz, od początku chcący jak najbardziej ją opóźnić, po kilku zastrzykach szybko się z niej wycofuje. Stan chorej się pogarsza, a kiedy wydaje się, że zmarła, po przybyciu narratora wraca do życia. Ostatecznie rzeczywiście umiera, ale na własnych zasadach. Agonia J., jej myśli, zachowanie i samopoczucie zostały opisane bardzo szczegółowo. J. nie boi się śmierci i nie trzyma się życia kurczowo, za wszelką cenę. Ściera się nawet z lekarzem, który zaprzestał podawania morfiny, ale na jej żądanie podaje ją znowu. Jest to też, może nieco zakamuflowany, głos o potrzebie eutanazji. Umieranie J. zbiega się w czasie z atmosferą wokół układu monachijskiego, która, mimo że w tle, koresponduje z walką bohaterki z chorobą.

O ile ta pierwsza część przedstawia jeszcze w miarę tradycyjną w formie historię, to druga jest bardziej zagmatwana, mętna i niejednoznaczna. Monolog przekształca się częściowo w strumień świadomości, jedna refleksja napędza drugą, która z kolei przywołuje na myśl coraz to nowe wspomnienia – o sąsiadce Colette, pracownicy banku, wdowie Simone, a przede wszystkim tłumaczce w Ministerstwie Informacji, Nathalie. Narrator przebywa w Paryżu, trwa już II wojna światowa, co można wywnioskować ze wzmianek o bombardowaniu miasta. Trudno powiedzieć, co właściwie robi. Spotyka się z bohaterkami, rozmawia, włóczy się po Paryżu, choruje, przypomina sobie i zapomina, o czymś mówi, a o czymś innym milczy. Często nie wiadomo, o której kobiecie aktualnie mowa, wszystko jest niejasne. To wrażenie wzmaga akcja osadzona w pokojach, korytarzach i na ulicach, często nocą. Wojna nie wywiera wpływu bezpośredniego, ale wzmaga poczucie rychłej katastrofy.  Paradoksalnie, oprócz J. z pierwszej części, nikt tu nie umiera – w końcu nie jest to powieść o śmierci, lecz o umieraniu, które trwa i trwa tak długo, że składa się na nie całe życie.

W podziemiach

Wszedłem, zamknąłem drzwi. Usiadłem na łóżku. Przede mną otwierała się czarna przestrzeń. Nie byłem w środku tej czerni, lecz na jej skraju, i przyznaję, była przerażająca. Jest przerażająca, ponieważ ma w sobie coś, co gardzi człowiekiem, a czego człowiek nie może znieść bez zatracenia siebie. A trzeba siebie zatracić, bo ten, kto się opiera, tonie, ten, kto idzie swoją drogą zmienia się w czerń, tę rzecz zimną i martwą, i pogardliwą, w której łonie trwa nieskończoność. Ta czerń tkwiła obok mnie, zapewne z powodu strachu, jaki odczuwałem: ten strach nie był tym znajomym strachem, nie niszczył mnie, nie zajmował się mną, lecz błądził po pokoju na wzór rzeczy ludzkich. Trzeba dużo cierpliwości, żeby myśl, zepchnięta w głąb koszmaru, pomału wzeszła, rozpoznała nas i na nas patrzyła (s. 111–112).

W chaotycznym, hipnotyzującym monologu narratora nie brakuje momentów niepokojących, pełnych grozy. Mam wrażenie, że jeśli są to bardziej wspomnienia, a narrator ujmuje je z perspektywy czasu, to wizja umierania jest już oswojona, a cała książka jawi się jako droga, którą przebył. Przyczyniają się do tego bohaterki, szczególnie J. i Nathalie, które stanowią swoje odbicia. Odwaga i siła chorej J. oraz pewność co do powziętego „zamiaru” Nathalie zmieniają narratora, który wkracza w tę czerń i wychodzi z niej nie wystraszony, ale pogodzony z tym, że samo narodzenie się obarczone jest wyrokiem śmierci. Jak na tak małą objętość, jest tu wiele tropów i motywów, które częściowo wskazuje w posłowiu tłumaczka Anna Wasilewska.

Trudno mi tę powieść polecać, bo sięganie po taką literaturę wynika z wewnętrznej potrzeby, która wykształca się długo albo nigdy. Nie polecam więc, ale daję znać, że jest i czeka, a czy warto – to każdy musi rozważyć sam.

Redakcja i korekta: Grzegorz Antoszek
  • TYTUŁ - Wyrok śmierci
  • TYTUŁ ORYGINALNY - L’Arrêt de mort
  • AUTOR - Maurice Blanchot
  • TŁUMACZ - Anna Wasilewska
  • WYDAWCA - Państwowy Instytut Wydawniczy
  • ROK WYDANIA - 2021
  • LICZBA STRON - 144

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *