Parafrazując Chmielowskiego: jaki bóbr jest, każdy widzi. Chociaż czy rzeczywiście wszyscy wiedzą, jaki jest bóbr? Właśnie. Jak to jest z tym bobrowym rodem w Polsce? Dobrze? Źle? A może temat zawijany jest w sreberka?

Skąd?

Szerokie opisy niedostępnych leśnych zakamarków, rozlewisk i rzek zapełniają niejedną stronę książki Robińskiego. Trochę ich przeczytałem, nim zrozumiałem, że to nie jest reportaż taki jak inne, które czytałem do tej pory. Bo niby jak? Porozmawiać osobiście z bobrem? Spytać, jak to było, gdy tu przybył? Od czego zaczął zmieniać otoczenie? Porównać zdjęcia zadrzewienia? 

Ubogi materiał źródłowy dostępny w polskich archiwach sprawił, że jedynym sensownym źródłem wiedzy są uczestnicy prac przy odtwarzaniu populacji bobrów w Polsce. Dzisiaj wielu już nie żyje, a ich młodsi koledzy nie są aż tak młodzi. Bez owijania w sreberko – jak w przypadku wielu innych inicjatyw, które rozbujał PRL, po przemianach politycznych przyszły cięcia i powolny upadek akcji. 

Bliżej, niż nam się wydaje

Lektura nie jest nadzwyczaj porywająca. Ot, relacje świadków, które przerywane są suchymi urzędowymi wpisami oraz bogatymi opisami przyrody. Między takimi treściami czytelnik będzie szukał tego, co go interesuje najbardziej.

Wiele miejsca autor poświęcił zainicjowaniu akcji odtworzenia populacji bobrów w Polsce. Pomysły i realizacje poprzetykane są anegdotami o sukcesach i porażkach. Sporo jest o zwyczajach tytułowych gryzoni oraz ich przystosowywaniu się do warunków, w których przyszło im żyć. A trzeba wiedzieć, że bóbr potrafi odnaleźć się także w bezpośrednim sąsiedztwie człowieka, nawet w dużych ośrodkach miejskich – vide Poznań. 

Tama tu, tama tam, tam ta ram

Jednakże najwięcej miejsca Adam Robiński poświęcił rozprzestrzenianiu się tego największego gryzonia Polski po kraju. Migracje możemy podzielić na dwie formy: celowe przenoszenia bobrów w konkretne miejsca zasiedlenia, z którego gryzonie zaczynały swoją dalszą ekspansję, i samorzutne peregrynacje w poszukiwaniu lepszych warunków bytowych. O ile pierwsza forma była całkowicie kontrolowana, to ta druga wynikała już z decyzji samych ssaków.

Najważniejsze, co wyniosłem z książki, to przeświadczenie, że człowiek choć zaawansowany technicznie, nie potrafi sprawić w prosty i przystępny sposób, by ożywały na nowo miejsca, które wysychają z braku wody, nawet jeśli są ku temu możliwości. Bobry zaś nie komplikują sobie osiągania wyższego celu pozwoleniami, zgodami, uzgodnieniami i wymogami technicznymi. Tworząc swoje pałace na wodzie, same kreują otaczającą je rzeczywistość, a przez swoje działania wracają do powszechnej świadomości.

W przypałacowych ogrodach

Podtrzymuję swoją opinię, że książka nie jest szczególnie porywająca. Nie jestem przekonany, czy wynika to z tego, że nie jestem jej właściwym odbiorcą, czy sama pozycja nie jest szczególna. A może to kwestia odbierania tego typu lektury? W dzieciństwie maratońsko oglądałem programy przyrodnicze z głosem pani Czubówny. Może to brak obrazu i charakterystycznego lektora sprawia, że nie potrafię odpłynąć przy tej lekturze?

Redakcja: Grzegorz Antoszek
Korekta: Anna Kurekk
  • TYTUŁ - Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów
  • AUTOR - Adam Robiński
  • WYDAWCA - Wydawnictwo Czarne
  • ROK WYDANIA - 2022
  • LICZBA STRON - 194

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *