Piotr Zychowicz jest bardzo płodnym autorem. Na swoim koncie ma już w sumie dwanaście książek. Cechą charakterystyczną tego autora jest poruszanie tematów uznawanych powszechnie za kontrowersyjne. Dotąd autor Aliantów smagał w swoich książkach głównie Polaków, Sowietów i Niemców. Tym razem wziął się – o dziwo – za Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. Tytułowych Aliantów.

Recenzja pierwotnie ukazała się na stronie Autora – II wojna światowa w kolorze

Przestępcy wojenni z Zachodu

Alianci są podzieleni na sześć działów, z których każdy dzieli się na krótkie, kilku- czy kilkunastostronicowe rozdziały. Dział I to zbiór wywiadów, które pojawiły się w dotychczasowych numerach czasopisma „Historia do Rzeczy”; dział II skupia się na kampanii bombowej nad Niemcami; dział III omawia losy niemieckich jeńców wojennych na froncie zachodnim; dział IV to zbiór rozmaitych tekstów bez zarysowanej tezy; dział V koncentruje się na operacji „Keelhaul” i wydaniu „obywateli sowieckich” przez Aliantów; zaś dział VI porusza kwestię wojny na Pacyfiku.

Ogólne wrażenie, jakie pozostawiła książka jest – co tutaj dużo mówić – bardzo dobre. Mimo tego, że zagadnienia poruszane w treści są mi dość dobrze znane od lat, to wydźwięk książki jest swoistym novum, dotąd na rynku polskim nie pojawiła się bowiem książka w tak brutalny sposób smagająca Aliantów Zachodnich. Owszem, były co prawda pozycje dotyczące niektórych ich kontrowersyjnych działań, ale nie spotkałem się z tym, by ktoś nazywał je wprost zbrodniami i piętnował. Szczególnie, że polscy autorzy niespecjalnie zajmują się tematyką Aliantów Zachodnich, znacznie więcej uwagi poświęcając Niemcom i Sowietom.

Piotr Zychowicz, mówiąc wprost, brutalnie piętnuje zachowanie Aliantów. Nie tylko nazywa ich działania „zbrodniami”, ale posuwa się nawet dalej – mówi o „ludobójstwie”, o „atomowym Holokauście”. Odważnie i przez to ciekawie. Jak powiedział jeden z naszych ulubionych pisarzy, Józef Mackiewicz, „tylko prawda jest ciekawa”. Autor wskazuje palcem, że II wojna światowa nie miała nic wspólnego z komiksową walką dobra ze złem. Owszem, Alianci byli lepsi od Niemców, to niezaprzeczalna prawda, ale sprzymierzyli się z totalitarnymi ludobójcami ze Związku Sowieckiego, a także sami dopuszczali się okrutnych zbrodni i wspierali ludobójczy reżim, nierzadko wbrew własnym interesom. Poza odpowiedzialnością za własne czyny, odpowiadają także moralnie. Credo tej książki stanowią słowa cytowanego we wstępie Tomasza Gabisia:

Wojna w klasycznym sensie – to znaczy wojna między suwerennymi państwami – zanika, ustępując miejsca akcji policyjnej. Po jednej stronie istnieje przestępstwo agresji”, po drugiej stronie zaś nie wojna, lecz wymierzenie kary za to „przestępstwo” (s. 14-15).

Słowa te znakomicie odnoszą się do II wojny światowej i do stosowania w niej, a także w narracjach o niej, prymitywnej polityki plemiennej, podziału na „my-dobrzy”, „oni-źli”. Niczym Murzyn Kali u Sienkiewicza. Komandor Russell Grenfell w książce Unconditional Hatred napisał:

Każda agresja, każdy akt zbójectwa lub barbarzyństwa po własnej stronie, jest określany jako „część wielkiego historycznego procesu rozwoju ludzkości”, albo „jako usprawiedliwiony akt odwetu”, czy coś podobnego. Ale takie same działania po stronie wroga stają się straszliwymi zbrodniami przeciw pokojowi i ludzkości, zasługującymi na karę śmierci (s. 15).

Krew i zdrada

Szczególnie interesujące były dla mnie działy „Śmierć nadchodzi z powietrza”, omawiający kampanię bombową nad Niemcami, „Jak Anglia zdradziła Kozaków”, dotyczący operacji „Keelhaul” oraz „Wielka wojna rasowa na Pacyfiku”. Zagadnienia te poruszam bowiem na swojej stronie od lat. To bardzo emocjonalne kwestie, poruszające cierpienie i śmierć milionów ludzi. Stopień nikczemności operacji „Keelhaul” mogę porównać tylko do nazistowskich mordów na Żydach. Zbrodnicze naloty Luftwaffe z pierwszego okresu wojny wobec zorganizowanej machiny terroru i ludobójstwa, jaką stały się USAAF i RAF, były „zaledwie” zbrodniami wojennymi.

Za te i podobne słowa byłem określany – najłagodniej mówiąc – „idealistą”, zaś najczęściej jako „faszysta”, rzekomo „gloryfikujący zbrodniarzy”. Dlatego potrójnie cieszy mnie to, że Piotr Zychowicz zajął się tymi zagadnieniami i trzeba przyznać, że zabrał się za to solidnie. Nie brakuje bowiem relacji świadków, pojawia się kilka wywiadów (między innymi z mjr. Czesławem Blicharskim, lotnikiem 300. Dywizjonu Bombowego, który brał udział w nalocie na Drezno). Kompozycja działów jest w miarę spójna, w każdym z nich autor polemizuje z argumentami oponentów i je metodycznie obala. Co więcej, zachowuje w tym obiektywizm, non-stop podkreślając, że „tak, owszem, państwa Osi dopuszczały się licznych zbrodni wojennych, ale…”.

Bardzo podobała mi się polemika wokół procesu japońskich zbrodniarzy w Tokio w 1947 roku. Uważam to za najbardziej wartościowy merytorycznie rozdział książki, rozkładający na czynniki pierwsze aliancką hipokryzję. Duże wrażenie na szerszej publiczności niewątpliwie wywrą wstrząsające opisy tego, co działo się na ziemi podczas nalotów, czy tragedii Kozaków w Dolinie Drawy. Nawet ja, osoba, jeśli mogę tak to nazwać, zaprawiona w boju i oczytana ze skutkami burz ogniowych, musiałem robić sobie przerwy w trakcie lektury – wizja dziewczyny, która podczas bombardowania statku w Świnoujściu urodziła dziecko i wraz z noworodkiem, wiszącym na pępowinie, na nim zginęła, mrozi krew w żyłach. Koszmarne historie – rozgotowani żywcem ludzie w schronach w Dreźnie; tłuczeni pałami przez brytyjskich żołnierzy w Lienz Kozacy; czy Japończycy traktowani jak zwierzęta, do których można strzelać dla zabawy – są jeszcze straszniejsze dlatego, że przez lata nikt o nich nie mówił. Ukryto je za zasłoną milczenia, w zamian wdrukowując do głów milionów ludzi na świecie, że Alianci – wyluzowani, cywilizowani Anglicy i Amerykanie – nie dopuszczali się nigdy takich czynów, godnych tylko barbarzyńców albo totalitarnych ludojadów. A jeśli się dopuszczali, to były to niewielkie epizody, a tym, tam… Szwabom i Japońcom to się w ogóle należało za jednostkę 731 i Auschwitz.

Pozostałe działy prezentują różny poziom. Pierwszy dział był mi ogólnie znany z czasopisma, przeczytałem dla przypomnienia teksty poświęcone ukrywaniu przez Aliantów sprawy Katynia i zatonięcia HMS Thetis, ze względu na moją słabość do tej tematyki. Dział czwarty, poświęcony jeńcom niemieckim, jest dużo krótszy, liczy jedynie cztery rozdziały, ale jest wewnętrznie niespójny, bowiem Zychowicz poruszył w nim ogromną liczbę wątków, które się niespecjalnie ze sobą łączą. Mamy tutaj bowiem zbrodnie Aliantów na niemieckich jeńcach (niby dopiero od lądowania w Normandii, jednak w trakcie rozdziału narracja zmierza w kierunku wcześniejszych walk na Sycylii), traktowanie francuskich cywilów przez Aliantów (mamy tu zabijanie cywilów, grabieże, gwałty, ale i ostrzał artyleryjski czy bombardowania wiosek i miast), sytuację niemieckich jeńców w USA i masakrę na niemieckich jeńcach w Dachau. Wątków jest dużo, ale żaden nie jest porządnie omówiony. To samo tyczy się następnego działu, który po prostu mnie męczył. Nie posiada żadnej myśli przewodniej, jest po prostu luźnym zbiorem tekstów – od rzezi Indian w XIX wieku, po nagonkę na Normana Daviesa. Wartym uwagi rozdziałem na pewno będzie ten o zatopieniu Laconii i o francuskich gwałtach we Włoszech.

Zbrodnicze naloty

Na koniec pozostawię sobie kwestie polemiczne. Autor bardzo surowo ocenia kampanię bombową nad Niemcami i Japonią, jednak wyraźnie da się odczuć, że nieco większą sympatią darzy on Amerykanów. Twierdzi bowiem, że Amerykanie w Europie koncentrowali się na atakowaniu celów wojskowych, nie wywoływali burz ogniowych i prowadzili ataki precyzyjne. Kontrastuje to z Brytyjczykami, którzy w nocy zrzucali bomby zapalające na miasta, by wywołać burze ogniowe i zamordować jak największą liczbę cywilów. Co prawda krytykuje takie postępowanie Amerykanów na Pacyfiku, ale kontrast między Amerykanami a Brytyjczykami jest w tej książce odczuwalny. Autor rozgrzesza lotników, zdejmując z nich brzemię odpowiedzialności.

Tymczasem takie postawienie tej sprawy jest po prostu nieprawdą. Alianccy lotnicy bardzo dobrze wiedzieli, co robią nad Niemcami. Wiedzieli, co wywołują bomby zapalające, zrzucane w wiązkach. Zdawali sobie sprawę, jaki efekt wywołują ciężkie bomby burzące o masie dwóch ton. Wiedzieli o bombach z opóźnionym zapłonem. Bombardierów szkolono z zakresu łatwopalności materiałów i instruowano ich, gdzie mają zrzucać bomby, by osiągnąć pożądany efekt burzy ogniowej. Lotnicy nie byli naiwniakami czy głupcami, mieli świadomość, że palą bezcenne starówki z drewnianą zabudową, że mordują cywilów. Niektórzy odczuwali z tego powodu dumę, pisząc rozmaite „zabawne” pozdrowienia na bombach. Nie różnili się niczym od zbrodniarzy, którzy „tylko wykonywali rozkazy”.

Amerykanie w Europie nie wywoływali burz ogniowych w niemieckich miastach nie z dobrego serca, tylko z kalkulacji. 8. i 15. Armie Powietrzne USAAF prowadziły naloty w dzień, ponieważ dysponowały eskortą myśliwców dalekodystansowych – P-51 Mustang i P-47 Thunderbolt, których zasięg pozwalał chronić bombowce na całej trasie. Brytyjczycy zaś do końca wojny nie zdołali przezbroić się w Mustangi i w efekcie wyprawy bombowe musiały latać bez eskorty. Oznaczało to jednak, że nie mogły atakować w ciągu dnia, szczególnie, że były słabiej uzbrojone i chronione niż ich amerykańskie odpowiedniki.

Zychowicz co prawda wspomina o tym, że Amerykanie bombardowali też inne miasta, ale nie poświęca temu większej uwagi. Więcej miejsca poświęca zrujnowaniu klasztoru na Monte Cassino – epizodowi dość błahemu na tle tego, co wyprawiali amerykańscy lotnicy. Tymczasem amerykańska 15. Armia Powietrzna, operująca z Afryki, a potem z Włoch, przeprowadziła całą serię terrorystycznych nalotów na miasta państw Osi. Ataki te były obliczone stricte na zabijanie cywilów, czego smutnym dowodem był nalot na Sofię w Wielkanoc 1944 roku, podczas którego celowano w zatłoczone cerkwie. Amerykanie bombardowali w tym samym celu także Rzym, Neapol, Mediolan, Budapeszt, Bratysławę i Warnę. Wszystko po to, by sterroryzować europejskich sojuszników Niemiec. W nalotach tych zginęło w sumie co najmniej sto tysięcy ludzi.

To jednak jedynie moje skromne addendum do tej recenzji.

Podsumowanie

Warto tu jeszcze kilka słów poświęcić na narrację autora, który ma ten zwyczaj, że kwestie merytoryczne zostawia na sam koniec. Gros rozdziałów omawia skutki, a nie przyczynę i przebieg. Kuleje w niektórych rozdziałach kwerenda, na przykład w tym o masakrach na niemieckich jeńcach. Są bowiem dowody na to, że Kanadyjczycy mordowali niemieckich jeńców już od pierwszego dnia inwazji, co zadaje kłam twierdzeniu, że zaczęli to robić wskutek działań 12. Dywizji Pancernej SS Hitlerjugend. Pułkownik Ernst Luxenburger, jedna z ofiar Kanadyjczyków, wspomniany w książce, nie był oficerem SS, ale Dywizji Panzer Lehr, która z SS nie miała nic wspólnego. Z masakry ocalał jeden z oficerów, który, ciężko ranny, doczołgał się w pobliże pozycji zajmowanych przez esesmanów i opowiedział im o całej sprawie. SS nie nosiło w 1945 roku czarnych mundurów, a Me-262 nie były napędzane benzyną, tylko paliwem J2 wytwarzanym z węgla drzewnego… To tylko dwa z wielu takich potknięć autora.

Jeśli idzie o kwestie techniczne, to największym minusem tej książki jest absolutny brak bibliografii i przypisów. Utrudnia to bardzo czytanie – by wrócić do danej informacji, trzeba zapamiętać jej autora i odszukać go w indeksie osobowym. Co prawda autor wspomina, z jakich książek korzysta w danym rozdziale, ale to trochę za mało. Poza tym, książka wydana jest bez zarzutu – ja otrzymałem egzemplarz w miękkiej okładce, z dwiema wkładkami ze zdjęciami wewnątrz i papierem dobrej jakości. Piątka z plusem dla wydawcy.

Nie ma jednak sensu pytać, czy warto tę książkę kupić. To pozycja obowiązkowa na półce każdego pasjonata historii. Wzbudzi niewątpliwie mnóstwo kontrowersji, postawi wiele pytań i wywoła burzę medialną. Ale właśnie o to chodzi, właśnie taki jest jej cel i w tym tkwi jej największa wartość. Być może dzięki tej książce wielu Polaków – nadal bezbrzeżnie zakochanych w Wuju Samie – przejrzy na oczy i zwróci uwagę na to, że wojna ta była okrutnie brudna i straszna, niezależnie od strony. Ja ze swojej strony cieszę się, że zyskałem poparcie w dyskusji ze strony takiego właśnie autora. Że nie jestem jedyny i że jeśli będą chcieli mnie usmażyć w kotle ze smołą, z radością zasiądę w nim wraz z Józefem Mackiewiczem, Radhabinodem Palem, Verą Brittain, Frankiem Murphym i Piotrem Zychowiczem.

Redakcja: Grzegorz Antoszek
Korekta: Anna Kurek
  • TYTUŁ - Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie
  • AUTOR - Piotr Zychowicz
  • WYDAWCA - Dom Wydawniczy Rebis
  • ROK WYDANIA - 2021
  • LICZBA STRON - 528

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *