„Ping… Ping… Ping… Twoja kobieta, cię namierza…” Miałem kiedyś taki dzwonek w telefonie. A któż nie miał? Była to pozostałość po dawnej szkolnej przygodzie z pewną popularną serią gier komputerowych oraz jeszcze wcześniejszym zaczytywaniem się książkami Flisowskiego, Kosiarza i Lipińskiego. Czas mija, ale kiedy na moim bibliofilskim sonarze pojawił się kontakt: U-Booty na morzu Śródziemnym 1943-1944, zarządziłem głębokość peryskopową i postanowiłem przyjrzeć się nowości Wydawnictwa Fronda.

Głębokość peryskopowa!

Gdybym chciał zacząć poetycko, z wysokiego C, powiedziałbym, że mój okręt zainteresowań, zwodowany pod dźwięczną nazwą HMAS (His Majesty Andrzej’s Ship) Wojna na morzach, dawno temu osiadł na dnie, przeczekując kolejne życiowe ataki bombami głębinowymi. Innymi słowy – już myślałem, że moja, jeszcze młodzieńcza, fascynacja bitwami morskimi wywietrzała, ale postanowiłem zaryzykować i przeczytać coś, co obudzi we mnie dawne zainteresowania. Stawka była wysoka, bo wiedziałem, że jeśli mnie ten wir wciągnie, to nie obędzie się bez co najmniej kilkunastu godzin przy komputerze. I choć czasu nie mam tyle, co kiedyś, to nie żałuję lektury.

U-Booty na Morzy Śródziemnym to kontynuacja wydanej w 2017 roku książki opisującej działalność okrętów podwodnych Kriegsmarine na wspomnianym akwenie w latach 1941-1942. Autorem jest Łukasz Grześkowiak, z wykształcenia ekonomista, co nie napawało mnie optymizmem, ale…  z kart książki wyłania się dociekliwy entuzjasta, co stanowi wielki atut tej pozycji. Historycy-amatorzy nie trzymają się sztywnych ram pracy naukowej, a co za tym idzie, potrafią napisać naprawdę świetną książkę, która nie usypia już na wstępie zawierającym zwykle przegląd źródeł, opracowań i podsumowanie stanu badań.

Prędkość, kąt, kurs 

Tematyka książki skupia się na schyłkowej fazie działalności U-Bootów na Morzu Śródziemnym, czyli w latach 1943-1944. Chyląca się ku upadkowi III Rzesza desperacko próbowała utrzymać wszystkie linie frontu, także te na morzach i oceanach. Na ponad sześciuset stronach Grześkowiak opisuje działalność i losy okrętów podwodnych, które operowały ze śródziemnomorskich baz. Liczba stron może przerażać, ale układ graficzny, bogaty materiał zdjęciowy oraz sposób prowadzenia narracji sprawiają, że książkę  czyta się całkiem szybko. „Akcja” książki ma zróżnicowane tempo, więc czytelnik też nie jest ciągle napompowany adrenaliną.

Jak wspomniałem wcześniej, entuzjaści, w przeciwieństwie do historyków, nie czują ograniczeń w postaci wymogów tworzenia pracy naukowej. Książka Łukasza Grześkowiaka napisana jest przystępnym językiem, nader lekko i zręcznie, co przekłada się na jej pozytywny odbiór. Autor opisuje rejsy poszczególnych jednostek i losy ich załóg, w tym takie elementy wojennej rzeczywistości jak zatopienia, ataki czy ucieczki, które przedstawiane są także z punktu widzenia aliantów. Podoba mi się ten zabieg – pozwala czytelnikowi poznać szerokie spektrum morskich zmagań, ale przede wszystkim daje możliwość obserwacji zachowań obu stron konfliktu w skali mikro. Koniec końców wojna to starcia ludzi i tak trzeba postrzegać walki na morzach i oceanach – jako zbiór potyczek małych sił składających się na większą całość.

Pal!

W treść wpleciona jest ogromna ilość cytatów z pamiętników, wywiadów, przesłuchań, dzienników pokładowych, raportów, meldunków i rozkazów. Ta mozaika źródeł stwarza pewien problem dotyczący tempa narracji. Zestawmy dwa przykłady. Cytowany słowo w słowo rozkaz Głównego Dowództwa Marynarki Rzeszy do Dowództwa Floty Śródziemnomorskiej nie ma w sobie nawet krzty ładunku emocjonalnego, jest suchy i sztywny. Znajduje się po drugiej stronie galaktyki w stosunku do wspomnień i stenogramów z przesłuchań rozbitków, których ledwo co uratowano z tonącego U-Boota. Ten skaczący, szarpany, nawet rwący się rytm nie jest jednak męczący. Nie wiem, czy to mój wyuczony nawyk czytania źródeł historycznych, czy właściwy dobór źródeł wykonany przez samego autora, ale przynajmniej w moim przypadku nie jest to problem. Bogactwo cytatów to wielka zaleta książki Grześkowiaka.

Słowa uzupełnione są dziesiątkami zdjęć, planów i map, które uzupełniają tekst i są wartościowe same w sobie. Niestety jakość dużej części z nich jest bardzo słaba – wyglądają jak rozciągnięte ponad przyzwoitość małe obrazki, pościągane z dawnych czasów, gdy królowały fora internetowe. Wielka szkoda, bo ucieka przez to bardzo dużo szczegółów, a i nie jest to też przyjemne w odbiorze. Inną słabością są błędy w korekcie: literówki, powtórzenia, a nawet brakujące słowa, przez co zdania tracą sens. Może i nie można mieć wszystkiego, ale drobiazgi potrafią psuć odbiór nawet najlepszego dzieła.

Torpeda w celu!

W rezultacie czytelnicy otrzymali ciekawie napisaną pozycję historyczną, którą czyta się niczym powieść sensacyjną, ale irytującą błędami językowymi. Losy każdego z okrętów mogą stanowić podstawę do nakręcenia filmu wojennego, a scenarzysta  naprawdę nie musiałby się za wiele wysilać, jeśli chodzi o fabułę. Nie znam dalszych zamiarów autora, ale z chęcią sięgnę po jego pozostałe książki oraz te, które wyda w przyszłości. Jeśli zachowa sposób prowadzenia narracji, to widzę już szansę na jego opus vitae – opis losów wszystkich kilkuset okrętów III Rzeszy. Szkoda, że takie wyzwanie raczej nie jest zadaniem dla jednej osoby, a całego zespołu zapaleńców.

Redakcja: Grzegorz Antoszek
Korekta: Anna Kurek
  • TYTUŁ - U-Booty na Morzu Śródziemnym 1943-1944. Zagłada
  • AUTOR - Łukasz Grześkowiak
  • WYDAWCA - Fronda
  • ROK WYDANIA - 2021
  • LICZBA STRON - 615

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *